Nie wywołuj kryzysu z lasu! Radość, złość i łzy na 60.kilometrze – 4 km przed metą.

DSCN4647

Bardzo obawiałam się tego biegu. UltraNoraftrail (cała trasa na mapie pod linkiem) w Beskidzie Wyspowym to długi, stanowczo za długi dla mnie dystans – myślałam analizując swoje możliwości. Jednocześnie coś mnie pchało tam na górę. Szansa na nowe wrażenia, na doświadczanie, na niesiedzenie, na czas ze sobą. Zamknęłam więc oczy, wystawiłam twarz do słońca – pobiegnę! Serce wygrało z rozumiem po raz pierwszy.

Postanowiłam jednak wykorzystać całą wiedzę by możliwie pomóc sobie przed startem. Ważne, naprawdę bardzo ważne jest dobre jedzenie zwłaszcza w tygodniu/dwóch przed startem. Potrzebne są dobre węgle, białko, witaminy. I sen. Z tym ostatnim jest u mnie najgorzej. Uwielbiam nie spać kiedy świat spokojnie śpi. Kiedy się jednak budzi, wstaję razem z nim co sprawia, że śpię po 5-6 godzin. Przeniosłam więc centrum zarządzania swoim światem na poziom kołdry, ale niewiele to zmieniło. Udało mi się wcześniej zasnąć dopiero ostatniej nocy przed startem.
Z powagi sytuacji, albo z przejedzenia razowym makaronem 😉 bo z 600 km trasy do Nowego Targu to pamiętam najbardziej :)

Trzy, Dwa, Jestem na starcie
Start o godzinie 7.00 oznacza pobudkę o 5.00 rano. Środek nocy, ale tym razem pierwszy dźwięk budzika wystarczył. Mimo ściany deszczu za oknem czułam się świetnie. Śniadanie (makaronu nigdy dość 😉 , czarna kawa, (przestało lać), rozgrzewka, rozciąganie. Będąc na starcie nie myślałam już: „Co ja tu robię” bo przecież wiedziałam po co i dlaczego tu jestem. Nie biegam dla szczytów, ale dla drogi prowadzącej tam. Po wolność, powietrze, prawdziwość każdego kroku. Biegam bo mogę.

W 64 kilometrową trasę ruszyło 30 osób – każda po swój własny szczyt. Pogoda idealna – nie za ciepło, bezwietrznie, mgła z deszczem – od czasu do czasu. Samopoczucie 120%, siła zapakowana w mięśniach, energia do plecaka, wyzwanie skupione na twarzy, a radość w sercu. Tak wielka, że pierwsze 10 kilometrów minęło jak 3. Niesiona pozytywnymi myślami zaczęłam mocno, szybko, za szybko. Wybrałam opcję „finiszuj od startu” 😉 zamiast „wolniej zacznij – szybciej skończysz”.
O skutkach tego wyboru miałam się przekonać kilka godzin później.

Nie wywołuj kryzysu z lasu!
Mięśnie zaczęłam czuć na około 32 kilometrze. Poszło od lewej nogi, łydka, dwugłowy. Od około 38 km bieganie po płaskim było już mało komfortowe. Odpoczywałam na zbiegach – czworogłowe wyćwiczone podczas siłowych treningów okazały się najsilniejszym ogniwem. Wtedy jednak pierwszy raz pomyślałam, że mogę nie dać rady pokonać pełnego dystansu, ale tak szybko jak przyszła ta myśl, tak szybko próbowałam ją posłać do diabła. Przecież do mety ponad 20 km – jeszcze przyjdzie czas na biadolenie.
Nie teraz, nie teraz!

I biegłam, starając się skupić ma doświadczaniu drogi, na oddychaniu. Na widokach też się starałam, ale niestety gęsta mgła skutecznie ograniczała możliwości. Stopniowo także, pojawiający się od czasu do czasu deszcz przestał budzić radość dziecka, stając się źródłem kolejnego grymasu. Z pomocą przychodziło wbieganie w leśnie ścieżki, które pozwalały odrywać myśli. I tak, prowadząc ukrytą walkę sama ze sobą, wyrywałam kilometr po kilometrze. Na ok 40. trasa zmieniła się w szeroką, szutrową drogę i już do mety miała taka pozostać. To zła wiadomość – 24 kilometry po szutrze, w górę, w dół – nie ma na czym zawiesić oka, ani nawet o co się potknąć, więc funkcje mózgu zostają ograniczone do polecenia: „przebieraj nogami”. Układałam więc stopy na przemian, jedna za drugą, choć coraz wolniej . Czułam już jego oddech na plecach, wiedziałam, że teraz jest szybszy niż ja. Ale jeszcze nie, nie teraz – jeszcze kilometr, jeszcze dwa, jeszcze 5 – myślałam. I nagle stop. Koniec. 54 kilometr. Serce chce walczyć bo przecież nie o zmęczenie tu chodzi. To „tylko” ból w mięśniach, przejdzie. Ale nie przechodzi. Zaczynają się negocjacje: jeszcze metr, jeszcze krok i jeszcze dwa. Powoli. Łzy napływają do oczu, złość na bezsilność miesza się z radością każdego kroku naprzód.

„Ruszyła maszyna po szynach ospale”
Mam wrażenie, że kolekcjonuję każdy metr, długo oglądam z każdej strony, zanim uaktualni się bieżący licznik – 57 km. Jeszcze nigdy nie walczyłam tak o każdy kilometr, jeszcze nigdy tak często nie patrzyłam na zegarek. Organizm mówi stop, a serce dalej prowadzi negocjacje. „OK, nie mam już siły, żeby biec, ale mam siłę, żeby iść. Będę szła, dobrze? Jeszcze kawałek”.

„Jeszcze kawałek” to było jakieś 4 kilometry, które będę pamiętać do końca życia. Nie jako walkę o ostatnie słowo, ale o możliwość kompromisu, który szczęśliwie, choć z opóźnieniem, prowadzi do celu. To niesamowita lekcja pokory – poważna przeszkoda, niemal kolejny szczyt, przed osiągnięciem zaplanowanego celu. Czy żałuję, że zaczęłam bieg za szybko? Nie. Pierwsze 10 kilometrów było magiczne. Z miarowym oddechem, pełnym uśmiechem, spokojem mimo szybkości i radością po koniuszki palców. Czy kolejny bieg zacznę równie szybko? Nie. Lepiej przygotuję się do negocjacji, jeśli będę zmuszona je prowadzić.

Kolejny bieg? TAK. Bo mimo, iż wtedy tam, krzyczałam na siebie, że to ostatni raz, że nigdy więcej – myślę już gdzie, kiedy i jak :)
Serce wygrało z rozumem po raz drugi!

P.s. przed startem w Ultra Noraftrail optymistycznie zakładałam zmieszczenie się w limicie 12 h. Więcej nie chciałam. Pokonałam trasę biegu w 8 h 49 m na ostatnich 4 kilometrach prowadząc jedno z trudniejszych starć z samą sobą. To doświadczenie nauczyło mnie wiele. Zwróciło uwagę na cierpliwość – cechę, której od dziecka mam deficyt i wdzięczność za świadomość, że każdy krok, nawet stawiany wolno, prowadzi na szczyt. A na szczycie czeka zaszczyt. Doświadczam w ciszy, spokoju i z Wami :)

Dziękuję jeszcze raz za Wasze wsparcie. Było naprawdę silnym argumentem w moich negocjacjach z Panem Kryzysem. I choć na pewno dziwnie wyglądałam wpatrzona w telefon na trasie, daliście mi dużo nowej, świeżej siły. Nie tylko w nogach. Dziękuję!
<3!

B.

Ostatnie 5 z 43 km w tempie 5,35/km. Z górki było ;)

5383390_orig

Nigdy nie biegałam długich dystansów. O maratonie nawet nie marzyłam bo nie był w kręgu moich zainteresowań. Po prostu.
Każdy dystans powyżej 5 km uważałam za nudę, a długie wybieganie za stratę czasu. Dzisiaj, bieganie jest dla mnie chwilą dla siebie więc wydłużam dystans. Żeby tego czasu było jak najwięcej 😉

Dokładnie miesiąc temu, 43 kilometry Swiss Irontrail pokonałam prawie w 8, choć lepiej będzie brzmiało :) – 7 godzin i 40 minut.
To był mój pierwszy maraton i pierwszy w górach. Po 15 latach przerwy od biegania, 4 miesiące po zerwaniu więzadła krzyżowego – stanęłam na starcie.

Podekscytowana, niepewna i zupełnie nieświadoma tego, co mnie czeka. Kiedy przyjdzie ten Pan Kryzys o którym wszyscy mówią, że przychodzi. Ale jeśli ZAWSZE jest alter ego każdego ultrasa 😉 to czy dopada też maratończyka? Jak to jest z Panem, Panie Kryzys? 

Pamiętam to pytanie na 15, 20, 30, 35 kilometrze. Gdzie jesteś? Pytałam siebie wraz z każdą tabliczką wetkniętą w ziemię informującą o liczbie kilometrów do mety. Ale nie przyszedł. Nie tym razem. I pisząc to, czuję, że jutro nie będzie tak łatwo. To mój pierwszy bieg ultra. Pierwszy w górach. Kiedyś, trenując regularnie – tyle kilometrów biegałam w ciągu całego DOBREGO tygodnia. Oczywiście nudząc się przy każdym „więcej niż 5km”.

Noraftrail ma limit czasu 12 godzin. W Davos, przy dystansie krótszym o 20 km były 4 godziny więcej. Jeśli więc szybko mogę z Wami przeliczyć swoje możliwości to wychodzi, że teoretycznie powinnam zmieścić się w limicie. Plus – Swiss Irontrail w wersji 43 km miał +/-  2300 m przewyższenia, Noraftrail na 20 km więcej ma +/- 2800 m co trochę inaczej układa trasę i może mieć wpływ na rozłożenie sił. Stając na starcie maratonu byłam jednak pewna, że dam radę go pokonać. W przypadku Noraftrail wiem tyle, że „zwycięzcy stają na starcie” :) Co będzie dalej? Pobiegamy – zobaczymy 😉 

Niestety od czasu maratonu biegałam mało, a trening siłowy, choć regularny, może nie być wystarczający, ale nie będę biadolić. Przedwczoraj zrobiłam swoje pierwsze siłowe maxy: 70 kg na back squat i 80 kg dead lift :) Konsekwencja i systematyka.
Dodaję jeszcze pozytywne nastawienie. Bez tego szczyty pozostają niezdobyte. Dlatego staję na starcie.
I już się nie mogę doczekać.

Ciekawa jestem trasy i wszystkich „elementów zaskoczenia”, bo to one zostają w pamięci na długo. Swiss Irontrail mniej więcej od połowy trasy był wyłącznie zaskoczeniem. Gęsta mgła i deszcz skutecznie pochowały widoki.  Z profilu trasy wiedzieliśmy jednak, że tuż przed metą, na ok. 38 kilometrze czeka na nas ostre wejście w górę (z ok. 1750 m na prawie 2 400 m). Zaraz po punkcie odżywczym zaczęły się zbiegi i podbiegi. I każdy, dosłownie KAŻDY z nich wydawał nam się wstępem do „ostatniego szczytu”.
Nie wiem ile ich było, ale napięcie rosło z każdym z nich, kiedy nagle we mgle, tuż przed naszymi oczyma nagle ukazał się szczyt.
Nikt nie miał wątpliwości, że to TEN. Chwilę później zaczęła się ulewa, ale to już nie miało żadnego znaczenia. Liczyła się tylko droga na szczyt. Nie wiem jaka panorama roztaczała się z wierzchołka, ale widok był piękny – tabliczka z napisem „5 km” tuż przed nosem i na zegarku czas: 7 h 20 m.

I choć 7 h i 20 minut wcześniej, wyobrażałam sobie szczyt radości po pokonaniu tego dystansu w 10 godzin, poczułam nagły przypływ siły. Ostatnie 5 km Swiss Irontrail przebiegłam w tempie 5,35/km.
Pierwsze uczucie po przekroczeniu linii mety?
-„Dałam radę! Zrobiłam to! Tylko zaraz? Jak? To już? Przecież nie zdążyłam się znudzić! 😉

P.s. Przybiegłam na metę po  7 h 46 m. I choć pełnia szczęścia nowicjusza w postaci 19. miejsce w kategorii kobiet i 5. w kat. wiekowej cieszy, tak naprawdę jest tylko dodatkiem. Najważniejszy jest czas zaszczytu po osiągnięciu szczytu. Pamiętajcie o nim i Wy w drodze na własne szczyty niezdobyte :)

Ściskam Was moooocno, ale nie za mocno 😉 Jutro biegam!

Z ciepłymi myślami bądźcie i Wy. Miłego!
B.

Trasa Swiss Irontrail w całości (poniżej zdjęcie mapy wraz z profilem trasy) i link do trasy na mapie.

O bieganiu w podróży, ale nigdy podróży w biegu!

Nie wiem, który raz zaczynam pisać ten tekst 😉  Tak, ten będzie wystarczająco dobry – przecież nie musi być perfekcyjny :)

Nie jestem sportowcem, choć 15 lat temu (przez prawie 10) biegałam coś co dzisiaj nazywałoby się modnie „trailem” :)
Nie odnoszę sukcesów na innych arenach niż na własnej, a do biegania wróciłam przez kontuzję. Diagnoza: zerwane więzadło krzyżowe w lewym kolanie. Dosłownie; musiałam spaść z konia żeby wrócić na ścieżkę. Biegam w lesie, uwielbiam w górach.
Tam jest mój czas offline, jeśli go potrzebuję. A tak naprawdę, jako pracoholik zrywający z nałogiem, dopiero się tego uczę.
To mój szczyt.

Blog powstaje z odnalezionej na nowo miłości do życia, pasji do podróży i nieprzebranej chęci doświadczania smaków, zapachów i ludzi.
„O bieganiu w podróży, ale nigdy podróży w biegu” jest przenośnią. Potraktuj to szerzej. Kiedy biegasz możesz się nawet śpieszyć – jeśli oczywiście chcesz 😉 Nie śpiesz się kiedy robisz coś, co jest dla Ciebie ważne. Nie pędź z listą szczytów na kolejny szczyt. Nie odhaczaj.
Daj sobie czas na doświadczanie zaszczytu. Oddychaj.
Możesz.

Trochę więc o sztuce łapania oddechu jest ten blog bo jestem taka jak Wy. Mam marzenia, miewam obawy. Uczę się na nowo patrzeć na życie i tymi uczuciami chcę się z Wami dzielić.

Doświadczaniem przenoszenia własnych granic, radością, która temu towarzyszy (postaram się znaleźć słowa, nie będę rysować – obiecuję ;)) motywacją, ale i umiejętnością rezygnowania kiedy naprawdę trzeba.

Masz dość wyzwań na co dzień? Ale czy na pewno są Twoje, dla Ciebie? A gdyby tak… zrobić coś co naprawdę lubisz.
Gdzie leży Twój szczyt?
Sprawdzisz?

Możesz zdobywać wiele szczytów naraz, ale zdobycie każdego zaczyna się u podnóża góry.
Zwycięzcy stają na starcie!

Ruszam. Kto chce dołączyć, zapraszam :)
P.s. Mapa, którą widzicie powyżej nie jest przypadkowa. Będę oznaczać każdą podróż, każdy bieg :)

Pozdrawiam Was serdecznie!
B.

P.s.2 możecie łapać :) mnie tutaj: info@szczytzaszczytem.pl lub na profilu na Facebooku.