Weszliśmy na Gerlach! Szczęśliwi popatrzyliśmy na świat z poziomu 2655 m n. p. m.

GOPR7837

– Zaliczyliście Gerlach? – czasem tak brzmiało pytanie po naszym powrocie z Tatr.
– Nie, nie zaliczyliśmy – odpowiadamy. Dlaczego? Bo „odhaczanie” spełnionych marzeń nie pozostawia przestrzeni na radość, celebrowanie minionych chwil, przeżywanie. Każe się spieszyć po kolejny punkt na liście. Skraca i przede wszystkim spłyca pokonaną drogę. A my nie ścigamy się czasem ani z nikim innym. Nie pędzimy po następne „zaliczenie” bo nie mamy szczególnej listy celów – ot, raptem J kilka marzeń. To one są dla nas początkiem drogi. Motywacją, która pcha do przodu, ale nigdy nie goni. Najpiękniejszym marzeniem jest przecież to, któremu pozwala się dojrzewać wraz z sobą.

Od dawna marzyłam by w końcu pojechać w wysokie góry i połazić jak za starych, studenckich jeszcze czasów. Bardzo chciałam odwiedzić stare ścieżki: Dolinę Strążyską i Ścieżkę pod reglami, Halę Gąsienicową , Dolinę Chochołowską, Sarnią skałę, może Giewont – układałam plan w głowie i na mapie. Góromaniacy mieszkający na nizinach liczą czas od jednego do drugiego wyjazdu w góry :) więc kiedy w połowie listopada pojawił się długi weekend wiedzieliśmy, że właśnie zaczynamy odliczać dni.

Dwa tygodnie przed wyjazdem obserwowaliśmy pogodę. Prognozy na połowę listopada wskazywały utrzymującą się zimową aurę, a śnieg, który spadł w Tatrach jeszcze w październiku miał otrzymać nową warstwę świeżego puchu. Mieliśmy więc od wyboru – zabrać deski snowboardowe 😉 albo zmodyfikować plan.

Skontaktowaliśmy się z Grzegorzem Bargielem, międzynarodowym przewodnikiem wysokogórskim IVBV/ UIAGM. Wiedzieliśmy, że jeśli w takich warunkach mamy iść w góry to tylko z nim. Kilka telefonicznych konsultacji co do potrzebnego sprzętu, ubioru i prawie nieprzespana noc poprzedzająca dzień wyjazdu- reisefieber nie przechodzi z wiekiem :)

To co, chcecie iść na Gerlach?
Na Gerlach wchodziliśmy drugiego dnia naszego pobytu w Zakopanem. Dokładnie pamiętam pytanie Grzegorza o cel tej wyprawy. Schodziliśmy wtedy z Mnicha podekscytowani, szczęśliwi, ale skupieni. – „To co, chcecie iść na Gerlach” – rzucone nagle tak naturalnie, jakby dotyczyło wyboru płatków czy jajecznicy na śniadanie. Oczywiście, że pojawienie się przewodnika wysokogórskiego budzi chęć podkręcenia planu. Po cichu nawet marzyliśmy o królu Karpat, ale nie chcieliśmy by ta góra przysłoniła nam prawdziwy cel podróży. Nie przyjechaliśmy tam przecież dla niej tylko dla siebie.

Czy się bałam? Jasne. Też. Ale więcej było podekscytowania i góra radości na samą myśl o prowadzącej drodze na szczyt. -„Pamiętaj idziemy z najlepszym przewodnikiem, trzeba mu zaufać i słuchać poleceń, on wie co robi” – przypomniałam sobie słowa, które przed wyjazdem słyszałam dość często 😉 I rzeczywiście wszystko w tym zdaniu jest prawdą. Rzadko, naprawdę rzadko spotyka się tak profesjonalnych w swojej pracy ludzi. Chciałabym mieć 15% opanowania Grzegorza i chociaż 10% jego spokoju.

Gerlach w zasięgu!!!
Chyba dopiero kiedy ustawiałam budzik na 4.00 dotarło do mnie, że rano ten sen będzie się dalej śnił. Mimo, że spałam słabo i krótko wstałam wraz z pierwszym dzwonkiem budzika. Obyło się nawet bez mruczenia wyzwisk pod jego adresem, a proces mojej porannej aktywacji skrócił się przynajmniej o 20 minut. Wychodząc w góry przecież nie ma wątpliwości w co się ubrać i jakie buty włożyć 😉 :)

Podróż z Zakopanego na Słowację zajęła nam około godziny. Im bliżej byliśmy celu tym niebo stawało się mniej granatowe. Kiedy dotarliśmy do Domu Śląskiego – początku drogi na Gerlach na naszych oczach rozpoczynał się spektakl. Wschód słońca o tej porze roku robi niesamowite wrażenie. Nie sposób opisać ferii barw na horyzoncie. O 6.30 po raz pierwszy zaparło nam dech.

Atakujemy szczyt
Wyruszyliśmy w górę przez tzw. Wielicką Próbę. Na Gerlach nie ma wytyczonego szlaku, a trasa jest trudna technicznie, ze sporą ekspozycją ścieżek. Jest wiele niebezpiecznych momentów ze sporymi urwiskami skalnymi, które można bezpiecznie obejść znając drogę. By wejść na szczyt, poza znajomością drogi i specjalistycznym sprzętem potrzebne jest też zezwolenie słowackiego parku narodowego. Nie ma więc innej możliwości na bezpieczne i legalne wejście na Gerlach niż z asekuracją przewodnika wysokogórskiego UIAGM. Grzegorz poprowadził nas w górę i dół jak po sznurku, czy raczej linie, którą byliśmy związani już od pierwszych, trudniejszych momentów. Szedł pierwszy, czasem podpowiadając w którym miejscu stawiać stopy, a czasem – na trudniejszych etapach, pokazywał całą strategię :) na pokonanie odcinka. Od momentu spięcia liną jedyną obowiązującą jednostką czasu jest „tu i teraz”.

Każda droga, czy wejście na szczyt – choć męczące fizycznie przynosi spokój i daje wytchnienie od codziennych spraw. Kiedy wychodzę w góry nie ma siły, która mogłaby skierować moje myśli na inne tory niż szlak, którym idę. Tym razem jednak, wrzucając telefon do plecaka zapomniałam wyciszyć dźwięki. Kiedy więc zadzwonił w pierwszych ułamkach sekund nie wiedziałam co się dzieje. Nie rozpoznałam dźwięku, którego nie zmieniałam przez ostatni rok. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to telefon. Że mój i, że dzwoni. Dziwne wrażenie – podobne do tego, kiedy budzisz się ze snu w najlepszym momencie i chcesz jak najszybciej zasnąć by śnił się dalej. Całe szczęście w tym przypadku jest to całkowicie możliwe.

Szczęśliwie zmęczeni czasu nie liczą
Ile zajęło nam wejście na szczyt? Nie wiem. Kilka godzin. Szczęśliwie zmęczeni czasu nie liczą :) Wrażenia ze szczytu? Radość i szczęście, przestrzeń i wolność, zachwyt. Błękit nieba, blask słońca, które w listopadzie nie zdarza się co dzień. Serce bije szybciej, ale nie wiadomo czy ze zmęczenia, euforii, czy strachu przed przepaściami tuż obok. Staję na wierzchołku, patrzę w turkusowe oko gerlachowskiego krzyża. Jestem na najwyższym szczycie Karpat – 2655 m n.p.m. Uśmiecham się. Cieszę. I tylko nie skaczę z radości 😉

Powietrze robi się jednak coraz zimniejsze a wiatr wzmaga na sile. Trzeba schodzić w dół. Jeszcze klika pamiątkowych fotek, łyk ciepłej herbaty z termosu i wracamy. Schodzimy przez tzw. Batyżowiecką próbę. To najtrudniejszy odcinek podczas drogi w dół. Sporo ekspozycji, luźnych kamieni i stalowych, pionowych schodków wmontowanych w skały. Często, żeby móc stanąć na stopniu niżej musimy maksymalnie wyciągnąć ręce by złapać stopnień wyżej. Przewodnik idzie ostatni, asekuruje nas w trudniejszych momentach, których liczba zwiększa się wraz ze wzrostem nachylenia zbocza. Wykorzystujemy punkty asekuracyjne wbite w skały, czasem zjeżdżamy po linie. Są miejsca, kiedy idziemy po śniegu, uważnie omijając szkliste, lodowe odcinki a czasem zatrzymujemy się na chwilę.

Każdy postój na uspokojenie oddechu wykorzystujemy na zatrzymanie obrazów. Rejestrujemy te wszystkie stopklatki z uwagą. Stopniowo schodząc w dół sprowadzamy nasze „tu i teraz” do wspomnienia. Kiedy na wysokości Batyżowieckiego stawu jest na tyle bezpiecznie, że zdejmujemy uprząż, a kaski chowamy do plecaka, zaczynamy powoli tęsknić. Przedłużamy więc czas wyprawy pozwalając sobie na chwilę relaksu nad wodą. Jest tak ciepło, że rozkładamy kurtki na ziemi jak koce i leżymy gapiąc się w niebo.

Ile czasu byliśmy w górach? Nie wiem. Bo czy można zmierzyć czas trwania „tu i teraz”? Nasza historia z Gerlachem w tle staje się wspomnieniem, opowieścią o radości, przestrzeni, sile woli i szczęściu. Nie zaczyna się od „zaliczyliśmy Gerlach” bo zrobiliśmy wiele więcej. Przekonaliśmy się, że rzeczywiście czasem wraz z marzeniem dostajemy siłę na jego realizację. Jeśli przychodzi właściwy czas, znajdujemy się we właściwym miejscu, z właściwymi ludźmi. Nawet pogoda właściwie jest wymarzona. Lato w listopadzie w wysokich Tatrach nie zdarza się często a nam się zdarzyło. Śnieg zaczął prószyć kiedy kładliśmy się spać.

PS. O naszej wyprawie w Tatry przeczytacie również tutaj.

PS2. Relacja z wyprawy na Mnicha się pisze 😉