Wysokie Tatry. Łomica (2 634 m n.p.m.) – zimowe wejście i magiczny powrót

Zrzut ekranu 2016-02-06 o 22.47.18

Kiedy jestem w górach nie myślę o jutrze. Nie obchodzi mnie też cały kalendarz zaplanowanych spraw „na później”. W górach nie ma później i nie ma tam. I choć wiem, że jest to tylko na chwilę, im częściej przechodzę na tę drugą stronę lustra, tym trudniej mi wracać. Co tak sprawia?

Siedzę znów nad kalendarzem i planuję teraźniejszość odroczoną o dzień, tydzień, spotkanie „x” w sprawie „y”. Spoglądam w okno – pada. Ale nie czuję. Ani zapachu deszczu, ani zimna na skórze. Nie czuję wiatru, a sądząc po resztkach liści na drzewach – wieje. Powietrze, którym oddycham jest suche i ciepłe – tak bardzo nie pasuje do „teraz” za oknem. Kiedy potrzeba jest większej odwagi i wytrwałości? Tam, kiedy w śniegu po pas idzie się w górę, czy tutaj – siedząc za biurkiem, w cieniu grzejnika?

Uwielbiam góry za to, że mogę być odważna i jednocześnie się bać, że mogę być silna i zmęczona, że mogę być sobą i po swojemu być szczęśliwa. Do niedawna kiedy tylko zima pojawiała się na horyzoncie, mój plan aktywności najdalsze wędrówki zakładał w różne części… kanapy. W skład ekwipunku wchodził obowiązkowo gruby koc, wełniane skarpy, książka i kubek gorącej herbaty. Oczywiście starałam się zmieniać punkty widokowe z oparcia na siedzisko, wykorzystując trzy znane i opanowane do perfekcji techniki: siedząc, leżąc lub półleżąc.

Tak było jeszcze w ubiegłym roku. Tymczasem za dwa tygodnie biegnę Zimowy Ultramaraton Karkonoski, a dwa tygodnie temu, po świeżym opadzie śniegu, dałam się namówić 😉 na prawdziwie zimowe wejścia w Tatrach – na Łomnicę i Świnicę. I choć w obliczu zdobytej właśnie Nangi Parbat to może drobiazg, dla mnie to „Everest” z którego jestem ogromnie dumna. Myślę, że to właśnie możliwość przezwyciężenia własnych słabości jest jednym z piękniejszych górskich darów. Suma własnych strachów i dowodów odwagi podczas każdej wyprawy staje się grą w ciepło – zimno, z tą różnicą, że nie wiadomo czy więcej jest strachu, czy rosnącej odwagi kiedy podchodzisz wyżej.

Kolejnym szczytom przedstawiał nas Grzegorz Bargiel – międzynarodowy przewodnik IVBV, z którym wcześniej zdobyliśmy Mnicha i Gerlach. Cenimy jego profesjonalizm i spokój nawet wtedy, gdy po drodze na Łomnicę mijamy inną ekipę, która po dojściu do połowy drogi zawraca w dół. Grzegorz rzuca tylko jedno zdanie – Na razie jest OK, ale jeśli uznam, że dalej jest zbyt niebezpiecznie, zejdziemy w dół – bez chwili wahania. Jak zwykle nie mamy wątpliwości, że wie, co robi. Trochę pewnie dla odwrócenia naszej uwagi od myśli o możliwym zejściu, pokazuje nam różne rodzaje śniegu, i jak ominąć ten, który przy określonych warunkach mógłby wywołać lawinę. Pewnie w przypływie strachu robię dziwną minę bo właśnie wtedy, jakby w odpowiedzi, słyszę, że dzisiaj zagrożenie lawinowe jest niewielkie. Śnieg jest zbyt sypki, a pod spodem zalega jeszcze ten z listopada. Przyjmuję to za dobrą monetę, ale jeszcze nigdy nie gapiłam się na śnieg jak wtedy. Idę dalej, co dwa kroki wbijając czekan i przepinam linę zgodnie z instrukcjami.

Pogoda jest piękna. Choć rano mocno wiało i padał śnieg, w południe świeci słońce. Na twarzy i karku czuję przyjemne ciepło, a wokół roznosi się zapach topniejącego w słońcu śniegu. Uśmiecham się chyba bez przerwy mimo zmęczenia. Zamykam na chwilę oczy, biorę głęboki oddech i słyszę już tylko bicie swojego serca i miarowe pulsowanie na skroni. Uwielbiam to uczucie kiedy już bardziej chyba nie da się być w tej jednej chwili. Jeszcze jedna długość liny, ostatnich kilka metrów i… jest pięknie kiedy wchodzimy na szczyt.

U góry praktycznie nie ma nikogo poza turystami czekającymi w schronisku na kolejkę zwożącą w dół. Ale my, mimo początkowego planu na zjazd, decydujemy się schodzić. Nie mamy zbyt wiele czasu, ale pełną determinację. Aparaty lądują na dnie plecaków, uzgadniamy brak przerw bez potrzeby. Jak zejście, to w tempie. Pierwsze partie zjeżdżamy na linie, kolejne schodzimy szybkim marszem i zaczynamy biec. Jak okiem sięgnąć przestrzeń, pola białego puchu z gdzieniegdzie widocznymi jeszcze śladami, które zostawiliśmy tutaj podczas podchodzenia. Niesamowite, że dzisiaj nikt nie był tu przed nami i po nas. Uśmiecham się tak, że powoli zaczynam słyszeć swój śmiech – to jeden z tych momentów, kiedy mam ochotę spojrzeć w niebo i krzyczeć ze szczęścia. Ale zamiast tego bawimy się ze śniegiem. Mamy go po kolana ale cięgle zbiegamy z góry. Odwracam się na chwilę by spojrzeć na te trzy, nowe oddzielnie pozostawione ślady. W tym momencie zza góry wysuwa się zachodzące słońce rzucające na nas czerwono – filetowy cień. Piękna chwila. Jedna z tych niewielu kiedy chcesz jednocześnie uchwycić myśl, złapać zapach, zatrzymać się na chwilę będąc ciągle w ruchu. To ułamek sekundy, a tyle się dzieje. Zrobiłabym zdjęcie, ale umowa to umowa, więc biegnę zapamiętując.

Na dole znaleźliśmy się po 42 minutach od decyzji o schodzeniu. I to była druga tego dnia, najlepsza decyzja. Dziękuję za każde 60 sekund, za każdy oddech tamtym powietrzem, za przyspieszone bicie serca i ten jeden zatrzymany w pamięci magiczny moment – cenniejszy dla mnie niż sam szczyt.

Wiecie co było dla mnie zawsze najtrudniejsze kiedy wracałam z różnych podróży? Zmiana stref czasowych i konieczność szybkiego dopasowania się do nowej rzeczywistości. Ale dotychczas nie było trudniej niż po powrotach z gór. Kiedy bowiem w jednej chwili Twoja teraźniejszość zamienia się w przeszłość, a przyszłość zapisana w kalendarzu zaczyna się o Ciebie upominać, dopasowanie się wymaga wysiłku. Odwagi i wytrwałości potrzeba w górach, ale i nie mniejsza determinacja potrzebna jest w stawianiu czoła tym zaplanowanym wcześniej dniom, tygodniom, spotkaniom „x” w sprawach „y”. Cierpliwości z kolei, potrzeba by czekać na teraźniejszość kolejnej wyprawy i jednocześnie żyć, tu na dole – najpełniej jak się da. A da się. Zwłaszcza wtedy, kiedy o tym co tam, u góry, można tęsknić. Tęsknota, jako jedyna nie ulega przedawnieniu i nie da się jej zaplanować. Ona jest.

Tromso Skyrace – mój pierwszy biegowy szczyt – zaszczyt. Startuje kolejna edycja!

Tromso_Skyrace

Dwa dni temu ruszyły zapisy na kolejną edycję biegu Tromso Skyrace w Norwegii. Jeśli w swoim planie startów przy tej pozycji wpisaliście znak zapytania – wymażcie go czym prędzej lub zakreślcie i zacznijcie organizować transport :)

W ubiegłym roku miałam przyjemność stanąć na linii startu tego biegu i już zawsze będę mogła powiedzieć, że był to mój pierwszy bieg górski, pierwszy po 15 latach przerwy od biegania i pierwszy po niezrekonstruowanym więzadle krzyżowym. W mojej pamięci już zawsze zostanie jako ten, który pokazał mi po raz pierwszy (a jakże), że niemożliwe zostawia się bezpieczne w domu, tuż po przejściu przez próg.

Pamiętam swój nieoswojony strach na linii startu. Onieśmielenie obecnością wielu światowej klasy biegaczy ultra tuż obok. Tromso Skyrace odbywające się 350 kilometrów powyżej koła podbiegunowego to przecież marzenie niejednego górskiego biegacza. Moja obecność wydawała mi się więc nieadekwatna – tym bardziej, że nie śmiałam nawet planować tu swojego udziału. Ale stało się :) – spędzałam wakacje w Norwegii i akurat w ostatniej chwili zwolniło się miejsce na 20 kilometrowy bieg wokół szczytu Tromsdalstinden. Nie przygotowywałam się do tego biegu a przecież nawet takiej odległości nie biegnie się z marszu. I oczywiście mogłam tak biadolić w nieskończoność, ale mogłam też nie.

Dzień przed startem od organizatorów biegu – Emelie Forsberg i Kiliana Jorneta odebrałam swój pierwszy pakiet startowy (do dziś mam kartkę z numerem :) ) i od tego czasu myślami wybiegałam dzień naprzód. Rano, w dzień zawodów, po dwutygodniowym pobycie w Norwegii, zobaczyliśmy  polską, znajomą twarz. Mimo wszechogarniającej wszystko wokół mgły, rozpoznaliśmy światowej klasy polskiego biegacza ultra. Z Marciem Świercem spotkaliśmy się pod stacją kolejki na górę skąd odbywał się start zawodów. Kto nie skorzystał z opcji wjazdu na górę – pierwsze metry przewyższenia zdobywał właśnie tu.

Marcin oczywiście bieg w głównym biegu – 45 kilometrów z przewyższeniem +/- 4 500 i najwyższym punktem na szczycie Hamperokken. Mimo wcześniejszego wypadku i niepewności startu Marcin dobiegł do mety na wysokiej 15 pozycji. Zwycięzcami biegu głównego byli wśród mężczyzn: Jonathan Albon, Luis Alberto Hernando, Rolf Einar Jensen. Wśród kobiet rywalizacja o pierwsze miejsce trwała niemal do ostatnich metrów, ale ostatecznie pierwsza na metę wbiegła Emelie Forsberg, za nią Mira Rai i Malena Haukøy.

Bieg o długości 20 kilometrów z przewyższeniem +/- 1600 metrów wokół szczytu Tromsdalstinden wygrałam ja. I ponad stu innych biegaczy z całego świata, którzy zameldowali się najpierw na linii startu a potem na linii mety tego biegu. Nie sposób opisać wrażeń, atmosfery wokół tego wydarzenia. Nie sposób też opisać widoków. Może dlatego, że poza mgłą nie było wiele widać 😉 Dzisiaj, kiedy patrzę na zdjęcia ze strony Organizatorów wydaje mi się, że to zupełnie inny bieg :) Ale to tylko kolejny element, który czyni to wydarzenie jeszcze ciekawszym.

Ten bieg jest esencją Norwegii. Piękny, pełen kontrastów, żywiołowy, ale też niedostępny w pierwszym wrażeniu. Stopniowe podchodzenie bliżej to oswajanie surowości. Mgła zasłania oczy, ale wyostrza węch. Nawet zdjęcia z Tromso Skyrace pachną wolnością.

Polecam ten bieg i kładę obie nogi (tę bez więzadła też :), że będzie się Wam podobało. Loty do Tromso najlepiej ogarnąć z przesiadką w Oslo Gardermoen. Ze znalezieniem noclegu nie powinno być problemu. Można skorzystać z sali zapewnianej przez Organizatorów lub z pola kempingowego niedaleko startu biegu albo po prostu z oferty hosteli czy hoteli w Tromso. Nie powinniście długo szukać – Tromso jest miastem studenckim, a w sierpniu studenci są na wakacjach. Chyba, że biegną Tromso Skyrace 😉 :)

Więcej informacji o biegu i zapisy na stronie: http://tromsoskyrace.com

Więcej o naszej wyprawie do Norwegii przeczytacie w dwóch wcześniejszych wpisach:

Główne zdjęcie tego wpisu pochodzi ze strony Tromso Skyrace. Na wszystkich moich jest mgła  :)