Ten najtrudniejszy szczyt

IMG_0299

Co napisać po tak długim czasie odkąd byłam tu po raz ostatni? – Cześć, jestem? – Wróciłam? To może zacznę tak: przepraszam, że nie było mnie tu, z Wami. Dziękuję za wszystkie przejawy Waszej troski i sympatii. Dodawały otuchy w ostatnim, bardzo trudnym dla mnie czasie.

Pisałam wiele razy o wierzchołkach górskich łańcuchów i szczytach własnych wyzwań, które kształtują naszą osobowość. Pisałam, że zwycięzcy stają na starcie i dalej w to wierzę. Ostatnich kilka miesięcy to wyprawa po najtrudniejszy i zarazem najcenniejszy szczyt, ale droga powrotu do zdrowia bywa pełna lęku i niepewności w oczekiwaniu.

Nie umiem jeszcze napisać co dokładnie się wydarzyło. Próbowałam, ale to wciąż dla mnie za trudne, a łzy same napływają do oczu. Jeszcze widocznie nie czas na to. Jednak bardzo chcę do Was wrócić. Brakuje mi rozmów i kontaktu z Wami. I choć wiem, że nie będzie jak dawniej, teraz będzie inaczej. Może fajniej?

Szybki bilans minionych tygodni:
– 2 tygodnie w szpitalu
– 1 dość skomplikowana, ale pomyślnie zakończona operacja
– 1 przełożony własny ślub
– tygodnie rehabilitacji psychofizycznej
– 1 zarezerwowany, całkiem fajny i ciągle jeszcze mały psiak – niedługo w naszym domu :)
– zmiany planów z biegowych górskich ultramaratonów na – póki co – chodzenie z kijami z „elementami biegu” 😉 trasy do 20 km. Ale może być w górach 😀
– 1 nowy sport
– super świetna zmiana diety i odkrycie mocy witamin
– nowa umiejętność niezajmowania się sprawami, które na pozór bardzo ważne, nie mają absolutnie żadnego znaczenia
– odkrycie, że bycie sobą, w kontakcie ze sobą jest uwalniające i uspokajające najbardziej.

„Człowiek ma dwa życia. Drugie zaczyna wtedy, kiedy zda sobie sprawę, że ma je tylko jedno” – przeczytałam jakiś czas temu. I myślę, że to jedno z ważniejszych zdań na teraz i na później. Dla mnie i dla Ciebie. Ja wykorzystałam już jeden kredyt. Co Ty zrobisz ze swoim?

P.S. Mam do Was jedną, ale bardzo ważną dla mnie prośbę. Uszanujcie proszę, że na razie nie chcę opowiadać jak to się stało i co mi się przytrafiło. To dla mnie świeża i wciąż trudna sprawa. Rozpoczęłam proces oswajania. Jak będę gotowa na więcej na pewno dam znać.

Tymczasem mam nadzieję – do zobaczenia! :) Tutaj, albo gdzieś na szlaku :)

 

Prawdziwą przyjemnością jest bieganie dla przyjemności ☺

DCIM100GOPROG0121484.

15 lat temu przez prawie 10 trenowałam bieganie, z czego 5 lat w ramach klubu sportowego. Miałam dziewięć lat kiedy poznałam smak rywalizacji. Do dziś pamiętam swój pierwszy bieg z o rok starszymi zawodnikami (były takie czasy kiedy nie było dla mnie kategorii wiekowej :)). To był powiatowy bieg przełajowy na dystansie 800 m i moje pierwsze i ostatnie zwycięstwo, w którym więcej było zaskoczenia niż radości. :) I tak się zaczęła moja przygoda z bieganiem. Od tego czasu jeździłam już na każde zawody. Przełaje (dziś nazwano by je modnie trailem ;)) przeplatane z bieganiem na stadionie i przymiarki do różnych dystansów. Choć w testach wytrzymałościowych wypadałam czasem lepiej niż niejeden chłopak, na dystansach powyżej 1500m (!) dopadała mnie nuda. Dlatego moim koronnym 😉 dystansem w terenie było 1500m, na stadionie 800 i 400m ze wskazaniem na ten pierwszy. Kilka lat z rzędu, zawsze w czerwcu, w czasie cotygodniowych mityngów lekkoatletycznych praktycznie „mieszkałam” na poznańskiej Olimpii.
Przełaje biegałam w najróżniejszych zakątkach Polski zarówno w randze wojewódzkiej, międzywojewódzkiej, makroregionu (wtedy trochę inaczej wyglądał podział administracyjny kraju), ale pamiętam też start w mistrzostwach Polski. Trenowałam wtedy 3-4 razy w tygodniu – tyle co na WFie i SKSach (pamiętacie te kółka sportowe?) :) W szkole średniej treningi na WFie już nie wystarczały, a zimowe ferie spędzałam zawsze na zgrupowaniach przygotowawczych trenując po dwa razy dziennie.
Nigdy jakoś szczególnie nie lubiłam tych obozów i zawsze wracałam bardziej zmęczona niż zadowolona i podbudowana. Ale przecież efekty miały przyjść później.

Jeździłam więc na kolejne zawody, kolejne i kolejne. Im gorzej mi szło na jednych zawodach, tym bardziej rosły oczekiwania co do kolejnych. Kto da radę jak nie Ty -słyszałam zewsząd i w końcu sama zaczęłam to sobie powtarzać. Sama dla siebie stałam się źródłem stresu wyobrażając sobie start i projektując jego przebieg. W przeddzień biegu nie mogłam zasnąć z powodu dręczących myśli – czy na pewno zrobiłam wszystko co mogłam? Pamiętam problemy z jedzeniem, niejedzeniem i kłopoty z żołądkiem w dniu startu pamiętam też. Niezależnie jednak od okoliczności prawda była jedna. Przetestowana na wskroś – im bardziej chciałam tym bardziej nie wychodziło. Ale wtedy nie potrafiłam nie chcieć.

Nie kolekcjonowałam wspomnień, liczyłam miejsca
Przez 10 lat można wystartować w bardzo wielu biegach i chyba tyle ich było – nigdy nie policzyłam. Nie kolekcjonowałam wspomnień, liczyłam miejsca. Jedynym moim celem było osiągnięcie mety. Nie tylko najszybciej jak się da, ale szybciej niż inni. Pamiętam ambicją dyktowane plany, które w zależności od rangi zawodów stawiały mnie w pierwszej 3, 10, 30. Pamiętam też rozczarowania z każdego 5, 15, 35, miejsca – trudno się przecież cieszyć z każdego dowodu na jednak „nie dałam rady”. Radość raczej skromna była także wtedy gdy udało mi się wykonać założoną normę i byłam np. 2, 8, 25. Tuż po przekroczeniu mety przychodziła myśl, że następnym razem będzie „jeszcze” lepiej. Bo przecież zawsze można powalczyć o jeszcze lepsze miejsce, lepszy czas, ładniejszy styl.

To były czasy kiedy nigdy nie było dość dobrze dlatego to mój organizm w końcu powiedział dość. Po jednym z zimowych zgrupowań wróciłam z kontuzją. Pierwsza diagnoza rwa kulszowa – przejdzie. Ale bolało coraz bardziej, zwłaszcza rano. Przestawało kiedy byłam w trakcie treningu i zaczynało boleć gdy wracałam po. Przestraszyłam się dopiero pewnego ranka, kiedy ból utrudniał mi ubranie skarpetek. Dzisiaj po prostu poszłabym do fizjoterapeuty, ale kto 15 lat temu słyszał o fizjoterapeutach? Byli ortopedzi. Dowiedziałam się, że to problemy z biodrem mogące być skutkiem zużycia powstałego ze zbyt dużych przeciążeń. Dostałam skierowanie na fizykoterapię wraz ze stanowczym zaleceniem rozważenia decyzji o wycofaniu się z biegania. I wiecie co wtedy poczułam?

Ulgę. Że będę mogła zrezygnować. Nie dlatego, że się poddałam, ale z powodu siły wyższej. Ileż to razy podejmowałam w głowie taką decyzję, ale zawsze brakowało mi odwagi. W końcu jednak temat „bieganie” odwiesiłam do szafy i na długie 15 lat się obraziłam. Niespełnione ambicje bolą najbardziej i to nie czas leczy rany.

Kiedy 15 lat później zaczęłam zauważać potrzebę generalnych zmian w swoim życiu, zdecydowałam się spełnić swoje dziecięce marzenie o jeździe konnej. W jednej z książek o jeździectwie przeczytałam wtedy, że basen i … bieganie jest najlepszym treningiem uzupełniającym. Basen OK, ale bieganie??? Do tej pory nikomu nie udało się mnie namówić na żadne bieganie, nie nabierałam się też na tzw. spacero – przebieżki. Bieganie było złe. Bieganie było nudne. Bieganie było.

Ale to był nie konie_c 😉 
Długo wahałam się czy spróbować. Kilkanaście razy zdążyłam być na basenie, ale z bieganiem wciąż nie było mi po drodze. Przecież ja nawet nie miałam butów do biegania! Na jednej parze air maxów w kwiaty zaczynał i kończył  się mój arsenał sportowego obuwia. Ale spoglądałam na nie i łamałam się nieraz, aż w końcu wracając ze stajni po dobrym treningu, pomyślałam OK. Zrobię to. Skoro ma mi to pomóc w realizacji marzenia, ubiorę te buty i wyjdę. Spróbuję. Przecież umiem. Nie bolało choć było dziwnie. Jak spotkanie z kumplem, który 15 lat mieszkał gdzieś indziej. Niby wciąż śmiejecie się z tych samych żartów, ale czujesz, że jest inaczej i wiesz, że nie będzie już tak jak wcześniej.

Inaczej nie znaczy gorzej, inaczej znaczy inaczej
Od tamtego czasu minął rok. Krótko po tej przebieżce spadłam z konia i zerwałam więzadło krzyżowe. Stacjonarny rowerek, a potem bieganie stało się głównym sposobem na wzmocnienie mięśni. Dzisiaj biegam inaczej niż 15 lat temu. Nie liczy się już miejsce, które zajmuję dobiegając do mety. Ciągle liczy czas, ale inaczej. Dzisiaj moim celem nie jest osiągnięcie mety w jak najkrótszym czasie. Bieganie jest czasem dla mnie więc go nie skracam ☺ Szanuję, dopinguję i podziwiam wszystkich sportowców za determinację, hart ducha, siłę i najsilniejsze ze wszystkich – pragnienie sukcesu. Prawdopodobnie jest ono główną siłą napędową każdej dyscypliny. Bez niego nie byłoby rekordów, spektakularnych widowisk i emocji. I za każdą dziękuję, ale prawdopodobnie jeśli spotkamy się na ścieżce nie będę się ścigać. Bo już tam byłam. Teraz biegam i rozglądam się wokół. Nigdzie się nie spieszę. Daję sobie czas na doświadczanie. Na mecie nikt nie wydaje reszty z niewykorzystanego czasu.
Czy jestem mniej ambitna niż wtedy? A próbowaliście się kiedyś nie ścigać? :)
Moją ambicją jest uprawianie sportu dla przyjemności. Startuję w zawodach, ale nie dlatego, żeby z Wami wygrywać, ale żeby Was poznać, dowiedzieć się czegoś, coś odkryć, zauważyć, poczuć, usłyszeć. Całkiem sporo tego. I uzależnia bardziej niż zdobywanie kolejnych, coraz wyższych miejsc. Z biegania dla przyjemności się nie spada, a kiedy nie będzie przyjemności, nie będzie biegania. To proste ☺

Uwielbiam urodziny! Każde. Nawet własne po 30 ;)

DSCN9792

Piszę ten tekst w przeddzień swoich urodzin i już nie mogę się doczekać. To dla mnie jeden z najcieplejszych dni w roku. Jest wyjątkowym, spersonalizowanym świętem, które obchodzi się z najbliższymi. Mimo upływu lat radość z każdego, najmniejszego dowodu sympatii jest taka sama. To ciągle ten sam uśmiech od ucha do ucha tylko zmarszczek wokół, jakby trochę więcej. I tak jak jeszcze niedawno złościłam się na każde nowe „znalezisko” będące dowodem upływu lat, a na pytanie o wiek odpowiadałam pierwszym z brzegu sucharem – „18 lat plus VAT”, dzisiaj mi przeszło.

Właśnie kończę 33 lata i … nie chciałabym mieć mniej. Więcej – mam nadzieję przyjdzie z czasem. Nie zamieniłabym żadnego roku na żaden inny. Nawet jeśli było pod górę, nawet jeśli mimo starań coś traciło sens, a marzenia zmieniały się w inne, to po coś to było. Zrozumiałam, że w życiu najważniejsze jest… życie. Jednocześnie doskonałe i ułomne w swojej nieprzewidywalności.

Jeszcze trzy lata temu, podczas magicznej przemiany z 2 na 3 :) na liczniku lat nie do końca rozumiałam znaczenie słów mojej Mamy, która składając mi życzenia na koniec dodała: ”wiesz córuś, tak naprawdę zazdroszczę Ci tego wieku bo to najpiękniejszy czas w życiu kobiety”. Nie rozumiałam dlaczego teraz miało być inaczej niż wcześniej. Myślałam, że już zawsze będzie tyle spraw do załatwienia, tematów do dogrania, że bez 100% zaangażowania coś stracę, a tak bardzo nie chcę. Byłam pewna, że ciągle muszę biec. Że nie wolno mi się zatrzymać bo kto się zatrzymuje ten się cofa. Świat nie stoi w miejscu – powtarzałam.

Dziś już wiem co miała na myśli Mama. Świat oczywiście nie stanął w miejscu, ale mnie udało się w nim zatrzymać. Dowiedziałam się wtedy o sobie paru nowych rzeczy. Niektóre potrafiłam już nazwać wprost, inne przyszły później. Do młodzieńczej odwagi i zapału dołączyła dojrzałość. Dzisiaj pozwalam sobie nie tylko na radość, ale i na strach. Wypowiadając marzenie zamieniłam „muszę je zrealizować” na „fajnie by było” i uczę się czerpać radość z każdego dnia.

A radość w dniu urodzin jest potrójna. Dlatego w dniu swoich urodzin życzę Wam wspaniałych Waszych – każdego roku. Świętujcie. Nieważne „który to już raz”. Przecież nikt nie wie co będzie za rok, za tydzień, jutro. Cieszcie się i zapamiętujcie te chwile. Gromadźcie uśmiechy w jedną ciepłą chmurę i noście ją nad głową w razie życiowej niepogody. Pamiętajcie tego dnia o Rodzicach (chociaż na pewno to oni będą pamiętać o Was 😉 ) To przecież kolejna rocznica ważnego, jeśli nie najważniejszego wydarzenia w ich życiu. Uściskajcie mocno Mamę. To także jej święto.

Całusy.
B.

Nie bądź chomikiem w kółku :) chyba, że chcesz

IMG_0666 (1)

Wiem, że o organizacji czasu napisano już setki podręczników, przeprowadzono tysiące szkoleń w których udział wzięły setki tysięcy osób. Wszystko po to, by nauczyć Cię planowania Twojego czasu i panowania nad Twoim życiem. SKUTECZNIE i EFEKTYWNIE. Czyli jak? Przecież dla Ciebie i dla mnie efektywnie może oznaczać coś zupełnie innego.

Jak skutecznie zacząć?
Jeszcze niedawno zadawałam to samo pytanie co niektórzy z Was, którzy piszą: „jak to robisz, że pracujesz, biegasz, masz czas na podróże, pisanie, czytanie. Ja po pracy nie mam czasu na nic”. Dokładnie wiem, jak brzmi zwłaszcza to ostatnie zdanie – powtarzałam je sobie ilekroć trafiałam na coś, co wydawało mi się interesujące, czego chciałabym/mogłabym spróbować, no ale – przecież byłam taka zapracowana, nie miałam czasu, ciągle w biegu, albo na wiecznym zmęczeniu, niedospaniu, adrenalinie – ciągle z góry na dół i znów w górę. Lata mijały jak tygodnie, coraz szybciej i szybciej. Krajobraz jak u chomika biegającego w kółku. Chomik nie liczy okrążeń, nie wie po co tam włazi, ale wchodzi i biegnie.

KROK 1: UŚWIADOMIENIE
Kiedy zorientowałam się, że wpadłam w tę pułapkę? Przypadkiem – podczas jednej z rozmów z moją Mamą zdałam sobie sprawę, że dość dokładnie pamiętam co działo się w moim życiu do mniej więcej 24. roku życia. To czas przypadający na studia, pierwsze prace, pierwsze własne udane i udane mniej projekty, zbieranie doświadczeń w życiu i do CV. A potem? Prawie 10 lat w jednej sklejonej, bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni.

KROK 2: WALKA
Znalazłam się w sytuacji, z którą mogłam coś zrobić lub dalej nie robić nic – oczywiście z powodu braku czasu, pracy, zmęczenia, ogromu cudzych spraw, których w przeciwieństwie do własnych, nie mogłam odłożyć „na później”.

Walczyłam – sama ze sobą, z wyrzutami sumienia, z obezwładniającym poczuciem obowiązku i przywiązaniem do „pani perfekcyjnej, która robi coś na 100% albo wcale”. Z tym ostatnim walczyłam najdłużej. Jeszcze wiele okrążeń pokonałam we własnym kółku, zanim w końcu dotarło do mnie, że nikt, nigdy nie jest w stanie zrobić czegoś na 100% i że 80% napędza gospodarkę bardziej, czy – jak kto woli – efektywniej 😉 :)

KROK 3: WYKORZYSTYWANIE SZANS
Skoro więc od teraz miałam robić wszystko na 80% to zostało mi 20% do zagospodarowania. Nie zastanawiałam się długo na co wykorzystam zaoszczędzony czas. Skoro tak długo nie dbałam o siebie i własne potrzeby, trzeba było zacząć od początku – od spełniania jeszcze dziecięcych marzeń. Dokładnie pamiętam dzień, kiedy zadałam sobie pytanie: „dobra, to co tak naprawdę chciałabym zrobić gdybym miała na to czas?” To był jeden mały impuls, ale o takiej sile sprawczej, że jeszcze tego samego dnia znalazłam stajnię i umówiłam się na jazdę konną. Wkręciłam się w to szybko – przecież wiedziałam, że tak będzie. Wstawałam nad ranem, jeździłam 20 kilometrów w jedną stronę, przed pracą, po pracy, w weekend (kiedy się tylko dało) by żyć inną chwilą niż dotychczas. Po to, by wpleść w te 100% czasu, który mamy do dyspozycji coś wyłącznie dla siebie, dla własnej, osobistej radości. Tydzień mijał za tygodniem, ale już nie budziłam się zmęczona, na kanapie przed telewizorem, o 4 nad ranem. Teraz musiałam/chciałam wstawać o 6.00, żeby zacząć dzień od czyszczenia koni przy wschodzie słońca.

Myślicie, że zasypiałam w pracy? :) Nieee, przychodziłam tam z uśmiechem na ustach, endorfiny po dobrym treningu trzymały mnie przynajmniej do połowy dnia. Zadania w pracy wykonywałam szybciej, ale nie gorzej :) i z większą motywacją bo przecież teraz miałam do czego się spieszyć. To trochę jak z maminym: „pójdziesz na dwór jak odrobisz lekcje” – pamiętacie to? :)

Odrabiałam i odrabiam więc te lekcje najlepiej jak potrafię. Świat się nie zawalił, a ja postanowiłam w życie po pracy wprowadzić tę samą zasadę co w pracy. Skoro kiedy jestem w pracy, jestem w pracy, to kiedy mnie tam nie ma, to mnie tam nie ma.

I oczywiście są i zawsze będą sytuacje, które będą zmieniały to postanowienie, ale sztuką jest odróżnić to, co może poczekać do jutra. Wbrew pozorom, tych naprawdę pilnych, ważnych spraw nie ma zbyt wiele.

I choć dziś już nie jeżdżę konno, znalazłam inne zajęcia, które sprawiają, że jestem szczęśliwa; że mam możliwość złapania zdrowego balansu pomiędzy pracą a życiem po pracy. Bo ono istnieje. Nawet jeśli miałoby to być „tylko” 20% Twojego czasu. Mnie się mieści tam całkiem sporo – bieganie (już nie mogę doczekać się dłuższych dni), wypady w góry, trening z elementami crossfit, angielski i joga, (wczoraj pierwszy raz byłam na zajęciach z tańca :D) I jest tam jeszcze czas na życie rodzinne, na spotkania ze znajomymi, na dobrą książkę i czasem też na nicnierobienie :)

Że dużo i po co to wszystko? Bo życie jest krótkie i dzieje się teraz. Nie jutro i nie później. Nie wszystkie zaległości z przeszłości da się nadrobić, ale wcale nie trzeba.

Przecież gdyby nie ta nasza przeszłość, nie byłoby nas w miejscu jakim jesteśmy. Że nie jest idealne? Nigdy nie jest i nigdzie nie będzie. Pomyśl co możesz zrobić z tym co masz. I nawet jeśli po przeczytaniu tego zdania masz ochotę powiedzieć „bla bla bla” (ja tak samo reaguję na „efektywne wykorzystywanie czasu wolnego”), zastanów się nad tym. Na pewno jest coś, co możesz spróbować zmienić. Metodą małych kroków, ale to musi być coś konkretnego. Zadanie. Takie, które wykonasz. Nie wymagaj od siebie zbyt wiele na początek. Chcesz przebiec maraton? Świetnie. Zacznij od wstania z kanapy. Spróbuj. Zwycięzcy stają na starcie.

Krok 4: ŻYJ, BĄDŹ SZCZĘŚLIWY. Nigdy nie będzie lepszego czasu niż teraz.

PS. Ci którzy mówią, że w życiu chodzi o coś więcej niż chodzenie do pracy i płacenie rachunków naprawdę mają rację.

Tromso Skyrace – mój pierwszy biegowy szczyt – zaszczyt. Startuje kolejna edycja!

Tromso_Skyrace

Dwa dni temu ruszyły zapisy na kolejną edycję biegu Tromso Skyrace w Norwegii. Jeśli w swoim planie startów przy tej pozycji wpisaliście znak zapytania – wymażcie go czym prędzej lub zakreślcie i zacznijcie organizować transport :)

W ubiegłym roku miałam przyjemność stanąć na linii startu tego biegu i już zawsze będę mogła powiedzieć, że był to mój pierwszy bieg górski, pierwszy po 15 latach przerwy od biegania i pierwszy po niezrekonstruowanym więzadle krzyżowym. W mojej pamięci już zawsze zostanie jako ten, który pokazał mi po raz pierwszy (a jakże), że niemożliwe zostawia się bezpieczne w domu, tuż po przejściu przez próg.

Pamiętam swój nieoswojony strach na linii startu. Onieśmielenie obecnością wielu światowej klasy biegaczy ultra tuż obok. Tromso Skyrace odbywające się 350 kilometrów powyżej koła podbiegunowego to przecież marzenie niejednego górskiego biegacza. Moja obecność wydawała mi się więc nieadekwatna – tym bardziej, że nie śmiałam nawet planować tu swojego udziału. Ale stało się :) – spędzałam wakacje w Norwegii i akurat w ostatniej chwili zwolniło się miejsce na 20 kilometrowy bieg wokół szczytu Tromsdalstinden. Nie przygotowywałam się do tego biegu a przecież nawet takiej odległości nie biegnie się z marszu. I oczywiście mogłam tak biadolić w nieskończoność, ale mogłam też nie.

Dzień przed startem od organizatorów biegu – Emelie Forsberg i Kiliana Jorneta odebrałam swój pierwszy pakiet startowy (do dziś mam kartkę z numerem :) ) i od tego czasu myślami wybiegałam dzień naprzód. Rano, w dzień zawodów, po dwutygodniowym pobycie w Norwegii, zobaczyliśmy  polską, znajomą twarz. Mimo wszechogarniającej wszystko wokół mgły, rozpoznaliśmy światowej klasy polskiego biegacza ultra. Z Marciem Świercem spotkaliśmy się pod stacją kolejki na górę skąd odbywał się start zawodów. Kto nie skorzystał z opcji wjazdu na górę – pierwsze metry przewyższenia zdobywał właśnie tu.

Marcin oczywiście bieg w głównym biegu – 45 kilometrów z przewyższeniem +/- 4 500 i najwyższym punktem na szczycie Hamperokken. Mimo wcześniejszego wypadku i niepewności startu Marcin dobiegł do mety na wysokiej 15 pozycji. Zwycięzcami biegu głównego byli wśród mężczyzn: Jonathan Albon, Luis Alberto Hernando, Rolf Einar Jensen. Wśród kobiet rywalizacja o pierwsze miejsce trwała niemal do ostatnich metrów, ale ostatecznie pierwsza na metę wbiegła Emelie Forsberg, za nią Mira Rai i Malena Haukøy.

Bieg o długości 20 kilometrów z przewyższeniem +/- 1600 metrów wokół szczytu Tromsdalstinden wygrałam ja. I ponad stu innych biegaczy z całego świata, którzy zameldowali się najpierw na linii startu a potem na linii mety tego biegu. Nie sposób opisać wrażeń, atmosfery wokół tego wydarzenia. Nie sposób też opisać widoków. Może dlatego, że poza mgłą nie było wiele widać 😉 Dzisiaj, kiedy patrzę na zdjęcia ze strony Organizatorów wydaje mi się, że to zupełnie inny bieg :) Ale to tylko kolejny element, który czyni to wydarzenie jeszcze ciekawszym.

Ten bieg jest esencją Norwegii. Piękny, pełen kontrastów, żywiołowy, ale też niedostępny w pierwszym wrażeniu. Stopniowe podchodzenie bliżej to oswajanie surowości. Mgła zasłania oczy, ale wyostrza węch. Nawet zdjęcia z Tromso Skyrace pachną wolnością.

Polecam ten bieg i kładę obie nogi (tę bez więzadła też :), że będzie się Wam podobało. Loty do Tromso najlepiej ogarnąć z przesiadką w Oslo Gardermoen. Ze znalezieniem noclegu nie powinno być problemu. Można skorzystać z sali zapewnianej przez Organizatorów lub z pola kempingowego niedaleko startu biegu albo po prostu z oferty hosteli czy hoteli w Tromso. Nie powinniście długo szukać – Tromso jest miastem studenckim, a w sierpniu studenci są na wakacjach. Chyba, że biegną Tromso Skyrace 😉 :)

Więcej informacji o biegu i zapisy na stronie: http://tromsoskyrace.com

Więcej o naszej wyprawie do Norwegii przeczytacie w dwóch wcześniejszych wpisach:

Główne zdjęcie tego wpisu pochodzi ze strony Tromso Skyrace. Na wszystkich moich jest mgła  :)

 

Biegam bez słuchawek – lubię mieć las w 5D :)

Zrzut ekranu 2016-01-30 o 18.43.34

Niedługo minie rok od czasu, kiedy trochę przypadkiem, wróciłam na sportową ścieżkę. Do dzisiaj pamiętam swój pierwszy nieśmiały podbieg kilka tygodni po zerwanym więzadle krzyżowym – miałam przygotować mięśnie do operacji rekonstrukcji tego brakującego ogniwa 😉 Chciałam przecież na powrót usiąść w siodle. Taki był cel.

Zabawne, kiedy środek do celu staje celem samym w sobie, a poprzedni cel marzeniem w przykrótkich nogawkach. Niby fajnie – to ciągle te same ulubione wytarte sztruksy, ale coś zaczyna uwierać. Uwiera dotąd, dokąd nie otworzysz się na nowe. Nie siadam już w siodle – choć czasem zajrzę jeszcze do stajni. Nie zmieniła się moja miłość do koni, ale dziś już tylko podziwiam je za wolność. Ich wolność. Tak silną, że chyba nie mam prawa jej ograniczać sobą.

Swoją wolność znalazłam gdzieś indziej. W górach, na ścieżce w lesie, w parku. Ta nowa, zamiast czterech kopyt ma dwa buty na własnych nogach. Jaką przeszłam drogę by to zrozumieć zdałam sobie sprawę wczoraj rano – biegając przed pracą. Wyszłam do pobliskiego lasku przed 8.00. Nie było śladu po śniegu i żadnego innego śladu, bo park o tej godzinie jest pusty.

Cicho, pusto, błotniście i morko – topniejący śnieg zmienił się w głębokie kałuże z lodową podstawą – piekielnie śliską. Warunki na trening trudne, ale idealne na trening z uważności. Chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do odgłosów pustego lasu przy spadających po resztkach liści kroplach deszczu. Kiedy robią to szybko, masz wrażenie, że ktoś za Tobą biegnie – dziwne uczucie, ale szybko się przyzwyczajam. Nowy zapach – trochę jakby wiosna, ale jeszcze nie. Wilgoć – czuję ją w powietrzu, widzę nawet na zegarku kiedy od czasu do czasu spoglądam – przecież przyszłam zrobić trening! :)

Biegnę. Trening nie jest łatwy, ale go lubię: 20 minut rozgrzewka, 10 minut w tempie, 5 minut trucht, 10 minut w tempie i 5 trucht. Kiedy biegnę pierwszą 10’ zza zakrętu wpadam nagle na lód, włączam wsteczny i sama się śmieję – dobrze, że nikt tego nie widział bo Myszka Mickey to przy mnie chyba mały Pikuś. Śmieję w głos – przecież nikt nie słyszy – a jeśli nawet, to co. Biegnę dalej, ale z jeszcze większą uwagą. Pamiętam przecież, że brakujące ogniwo jest brakujące wciąż 😉

Dobiegam do końca czasu – uff, zmęczyłam się więc jestem zadowolona. 5 minut z nogi na nogę poświęcam na uspokojenie oddechu. Głęboki wdech razem z zapachem „jeszcze nie wiosny” i wydech. Spoglądam w niebo i jednocześnie wpadam w błoto – i cieszę się jak dziecko. Ciągle jeszcze potrafię. Na kolejną dychę przenoszę się na inną „pętlę” – może będzie mniej lodu. I jest. Tylko w pewnym momencie dobiegam do jeziora. Nie było go to wcześniej. Jak okiem sięgnąć od lewej do prawej woda. Ani jej przeskoczyć, ani obejść. Nie zastanawiam się długo – na przełaj!

Woda zimna – lodowata wręcz – i po kostki. Pod spodem też jest lód, więc to raczej przeprawa niż niepostrzeżone „przemknięcie na paluszkach”, ale fajnie chlupoce i błoto się zmyło 😉 W stopy zimno jest tylko przez chwilę bo momentalnie dociera do nich ciepło z pozostałych części ciała. Fajne uczucie i samo się dzieje. Dobiegam do końca czasu i wydłużam o 10’ czas truchtu – nie chce mi się wracać. Spóźnię się do pracy, ale nadrobię. Po dobrym treningu chce się wszystkiego bardziej. Zmysły wyostrzone potrafią docenić nawet (zwłaszcza!) smak czystej wody.

Weszliśmy na Gerlach! Szczęśliwi popatrzyliśmy na świat z poziomu 2655 m n. p. m.

GOPR7837

– Zaliczyliście Gerlach? – czasem tak brzmiało pytanie po naszym powrocie z Tatr.
– Nie, nie zaliczyliśmy – odpowiadamy. Dlaczego? Bo „odhaczanie” spełnionych marzeń nie pozostawia przestrzeni na radość, celebrowanie minionych chwil, przeżywanie. Każe się spieszyć po kolejny punkt na liście. Skraca i przede wszystkim spłyca pokonaną drogę. A my nie ścigamy się czasem ani z nikim innym. Nie pędzimy po następne „zaliczenie” bo nie mamy szczególnej listy celów – ot, raptem J kilka marzeń. To one są dla nas początkiem drogi. Motywacją, która pcha do przodu, ale nigdy nie goni. Najpiękniejszym marzeniem jest przecież to, któremu pozwala się dojrzewać wraz z sobą.

Od dawna marzyłam by w końcu pojechać w wysokie góry i połazić jak za starych, studenckich jeszcze czasów. Bardzo chciałam odwiedzić stare ścieżki: Dolinę Strążyską i Ścieżkę pod reglami, Halę Gąsienicową , Dolinę Chochołowską, Sarnią skałę, może Giewont – układałam plan w głowie i na mapie. Góromaniacy mieszkający na nizinach liczą czas od jednego do drugiego wyjazdu w góry :) więc kiedy w połowie listopada pojawił się długi weekend wiedzieliśmy, że właśnie zaczynamy odliczać dni.

Dwa tygodnie przed wyjazdem obserwowaliśmy pogodę. Prognozy na połowę listopada wskazywały utrzymującą się zimową aurę, a śnieg, który spadł w Tatrach jeszcze w październiku miał otrzymać nową warstwę świeżego puchu. Mieliśmy więc od wyboru – zabrać deski snowboardowe 😉 albo zmodyfikować plan.

Skontaktowaliśmy się z Grzegorzem Bargielem, międzynarodowym przewodnikiem wysokogórskim IVBV/ UIAGM. Wiedzieliśmy, że jeśli w takich warunkach mamy iść w góry to tylko z nim. Kilka telefonicznych konsultacji co do potrzebnego sprzętu, ubioru i prawie nieprzespana noc poprzedzająca dzień wyjazdu- reisefieber nie przechodzi z wiekiem :)

To co, chcecie iść na Gerlach?
Na Gerlach wchodziliśmy drugiego dnia naszego pobytu w Zakopanem. Dokładnie pamiętam pytanie Grzegorza o cel tej wyprawy. Schodziliśmy wtedy z Mnicha podekscytowani, szczęśliwi, ale skupieni. – „To co, chcecie iść na Gerlach” – rzucone nagle tak naturalnie, jakby dotyczyło wyboru płatków czy jajecznicy na śniadanie. Oczywiście, że pojawienie się przewodnika wysokogórskiego budzi chęć podkręcenia planu. Po cichu nawet marzyliśmy o królu Karpat, ale nie chcieliśmy by ta góra przysłoniła nam prawdziwy cel podróży. Nie przyjechaliśmy tam przecież dla niej tylko dla siebie.

Czy się bałam? Jasne. Też. Ale więcej było podekscytowania i góra radości na samą myśl o prowadzącej drodze na szczyt. -„Pamiętaj idziemy z najlepszym przewodnikiem, trzeba mu zaufać i słuchać poleceń, on wie co robi” – przypomniałam sobie słowa, które przed wyjazdem słyszałam dość często 😉 I rzeczywiście wszystko w tym zdaniu jest prawdą. Rzadko, naprawdę rzadko spotyka się tak profesjonalnych w swojej pracy ludzi. Chciałabym mieć 15% opanowania Grzegorza i chociaż 10% jego spokoju.

Gerlach w zasięgu!!!
Chyba dopiero kiedy ustawiałam budzik na 4.00 dotarło do mnie, że rano ten sen będzie się dalej śnił. Mimo, że spałam słabo i krótko wstałam wraz z pierwszym dzwonkiem budzika. Obyło się nawet bez mruczenia wyzwisk pod jego adresem, a proces mojej porannej aktywacji skrócił się przynajmniej o 20 minut. Wychodząc w góry przecież nie ma wątpliwości w co się ubrać i jakie buty włożyć 😉 :)

Podróż z Zakopanego na Słowację zajęła nam około godziny. Im bliżej byliśmy celu tym niebo stawało się mniej granatowe. Kiedy dotarliśmy do Domu Śląskiego – początku drogi na Gerlach na naszych oczach rozpoczynał się spektakl. Wschód słońca o tej porze roku robi niesamowite wrażenie. Nie sposób opisać ferii barw na horyzoncie. O 6.30 po raz pierwszy zaparło nam dech.

Atakujemy szczyt
Wyruszyliśmy w górę przez tzw. Wielicką Próbę. Na Gerlach nie ma wytyczonego szlaku, a trasa jest trudna technicznie, ze sporą ekspozycją ścieżek. Jest wiele niebezpiecznych momentów ze sporymi urwiskami skalnymi, które można bezpiecznie obejść znając drogę. By wejść na szczyt, poza znajomością drogi i specjalistycznym sprzętem potrzebne jest też zezwolenie słowackiego parku narodowego. Nie ma więc innej możliwości na bezpieczne i legalne wejście na Gerlach niż z asekuracją przewodnika wysokogórskiego UIAGM. Grzegorz poprowadził nas w górę i dół jak po sznurku, czy raczej linie, którą byliśmy związani już od pierwszych, trudniejszych momentów. Szedł pierwszy, czasem podpowiadając w którym miejscu stawiać stopy, a czasem – na trudniejszych etapach, pokazywał całą strategię :) na pokonanie odcinka. Od momentu spięcia liną jedyną obowiązującą jednostką czasu jest „tu i teraz”.

Każda droga, czy wejście na szczyt – choć męczące fizycznie przynosi spokój i daje wytchnienie od codziennych spraw. Kiedy wychodzę w góry nie ma siły, która mogłaby skierować moje myśli na inne tory niż szlak, którym idę. Tym razem jednak, wrzucając telefon do plecaka zapomniałam wyciszyć dźwięki. Kiedy więc zadzwonił w pierwszych ułamkach sekund nie wiedziałam co się dzieje. Nie rozpoznałam dźwięku, którego nie zmieniałam przez ostatni rok. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to telefon. Że mój i, że dzwoni. Dziwne wrażenie – podobne do tego, kiedy budzisz się ze snu w najlepszym momencie i chcesz jak najszybciej zasnąć by śnił się dalej. Całe szczęście w tym przypadku jest to całkowicie możliwe.

Szczęśliwie zmęczeni czasu nie liczą
Ile zajęło nam wejście na szczyt? Nie wiem. Kilka godzin. Szczęśliwie zmęczeni czasu nie liczą :) Wrażenia ze szczytu? Radość i szczęście, przestrzeń i wolność, zachwyt. Błękit nieba, blask słońca, które w listopadzie nie zdarza się co dzień. Serce bije szybciej, ale nie wiadomo czy ze zmęczenia, euforii, czy strachu przed przepaściami tuż obok. Staję na wierzchołku, patrzę w turkusowe oko gerlachowskiego krzyża. Jestem na najwyższym szczycie Karpat – 2655 m n.p.m. Uśmiecham się. Cieszę. I tylko nie skaczę z radości 😉

Powietrze robi się jednak coraz zimniejsze a wiatr wzmaga na sile. Trzeba schodzić w dół. Jeszcze klika pamiątkowych fotek, łyk ciepłej herbaty z termosu i wracamy. Schodzimy przez tzw. Batyżowiecką próbę. To najtrudniejszy odcinek podczas drogi w dół. Sporo ekspozycji, luźnych kamieni i stalowych, pionowych schodków wmontowanych w skały. Często, żeby móc stanąć na stopniu niżej musimy maksymalnie wyciągnąć ręce by złapać stopnień wyżej. Przewodnik idzie ostatni, asekuruje nas w trudniejszych momentach, których liczba zwiększa się wraz ze wzrostem nachylenia zbocza. Wykorzystujemy punkty asekuracyjne wbite w skały, czasem zjeżdżamy po linie. Są miejsca, kiedy idziemy po śniegu, uważnie omijając szkliste, lodowe odcinki a czasem zatrzymujemy się na chwilę.

Każdy postój na uspokojenie oddechu wykorzystujemy na zatrzymanie obrazów. Rejestrujemy te wszystkie stopklatki z uwagą. Stopniowo schodząc w dół sprowadzamy nasze „tu i teraz” do wspomnienia. Kiedy na wysokości Batyżowieckiego stawu jest na tyle bezpiecznie, że zdejmujemy uprząż, a kaski chowamy do plecaka, zaczynamy powoli tęsknić. Przedłużamy więc czas wyprawy pozwalając sobie na chwilę relaksu nad wodą. Jest tak ciepło, że rozkładamy kurtki na ziemi jak koce i leżymy gapiąc się w niebo.

Ile czasu byliśmy w górach? Nie wiem. Bo czy można zmierzyć czas trwania „tu i teraz”? Nasza historia z Gerlachem w tle staje się wspomnieniem, opowieścią o radości, przestrzeni, sile woli i szczęściu. Nie zaczyna się od „zaliczyliśmy Gerlach” bo zrobiliśmy wiele więcej. Przekonaliśmy się, że rzeczywiście czasem wraz z marzeniem dostajemy siłę na jego realizację. Jeśli przychodzi właściwy czas, znajdujemy się we właściwym miejscu, z właściwymi ludźmi. Nawet pogoda właściwie jest wymarzona. Lato w listopadzie w wysokich Tatrach nie zdarza się często a nam się zdarzyło. Śnieg zaczął prószyć kiedy kładliśmy się spać.

PS. O naszej wyprawie w Tatry przeczytacie również tutaj.

PS2. Relacja z wyprawy na Mnicha się pisze 😉

 

 

Nie wywołuj kryzysu z lasu! Radość, złość i łzy na 60.kilometrze – 4 km przed metą.

DSCN4647

Bardzo obawiałam się tego biegu. UltraNoraftrail (cała trasa na mapie pod linkiem) w Beskidzie Wyspowym to długi, stanowczo za długi dla mnie dystans – myślałam analizując swoje możliwości. Jednocześnie coś mnie pchało tam na górę. Szansa na nowe wrażenia, na doświadczanie, na niesiedzenie, na czas ze sobą. Zamknęłam więc oczy, wystawiłam twarz do słońca – pobiegnę! Serce wygrało z rozumiem po raz pierwszy.

Postanowiłam jednak wykorzystać całą wiedzę by możliwie pomóc sobie przed startem. Ważne, naprawdę bardzo ważne jest dobre jedzenie zwłaszcza w tygodniu/dwóch przed startem. Potrzebne są dobre węgle, białko, witaminy. I sen. Z tym ostatnim jest u mnie najgorzej. Uwielbiam nie spać kiedy świat spokojnie śpi. Kiedy się jednak budzi, wstaję razem z nim co sprawia, że śpię po 5-6 godzin. Przeniosłam więc centrum zarządzania swoim światem na poziom kołdry, ale niewiele to zmieniło. Udało mi się wcześniej zasnąć dopiero ostatniej nocy przed startem.
Z powagi sytuacji, albo z przejedzenia razowym makaronem 😉 bo z 600 km trasy do Nowego Targu to pamiętam najbardziej :)

Trzy, Dwa, Jestem na starcie
Start o godzinie 7.00 oznacza pobudkę o 5.00 rano. Środek nocy, ale tym razem pierwszy dźwięk budzika wystarczył. Mimo ściany deszczu za oknem czułam się świetnie. Śniadanie (makaronu nigdy dość 😉 , czarna kawa, (przestało lać), rozgrzewka, rozciąganie. Będąc na starcie nie myślałam już: „Co ja tu robię” bo przecież wiedziałam po co i dlaczego tu jestem. Nie biegam dla szczytów, ale dla drogi prowadzącej tam. Po wolność, powietrze, prawdziwość każdego kroku. Biegam bo mogę.

W 64 kilometrową trasę ruszyło 30 osób – każda po swój własny szczyt. Pogoda idealna – nie za ciepło, bezwietrznie, mgła z deszczem – od czasu do czasu. Samopoczucie 120%, siła zapakowana w mięśniach, energia do plecaka, wyzwanie skupione na twarzy, a radość w sercu. Tak wielka, że pierwsze 10 kilometrów minęło jak 3. Niesiona pozytywnymi myślami zaczęłam mocno, szybko, za szybko. Wybrałam opcję „finiszuj od startu” 😉 zamiast „wolniej zacznij – szybciej skończysz”.
O skutkach tego wyboru miałam się przekonać kilka godzin później.

Nie wywołuj kryzysu z lasu!
Mięśnie zaczęłam czuć na około 32 kilometrze. Poszło od lewej nogi, łydka, dwugłowy. Od około 38 km bieganie po płaskim było już mało komfortowe. Odpoczywałam na zbiegach – czworogłowe wyćwiczone podczas siłowych treningów okazały się najsilniejszym ogniwem. Wtedy jednak pierwszy raz pomyślałam, że mogę nie dać rady pokonać pełnego dystansu, ale tak szybko jak przyszła ta myśl, tak szybko próbowałam ją posłać do diabła. Przecież do mety ponad 20 km – jeszcze przyjdzie czas na biadolenie.
Nie teraz, nie teraz!

I biegłam, starając się skupić ma doświadczaniu drogi, na oddychaniu. Na widokach też się starałam, ale niestety gęsta mgła skutecznie ograniczała możliwości. Stopniowo także, pojawiający się od czasu do czasu deszcz przestał budzić radość dziecka, stając się źródłem kolejnego grymasu. Z pomocą przychodziło wbieganie w leśnie ścieżki, które pozwalały odrywać myśli. I tak, prowadząc ukrytą walkę sama ze sobą, wyrywałam kilometr po kilometrze. Na ok 40. trasa zmieniła się w szeroką, szutrową drogę i już do mety miała taka pozostać. To zła wiadomość – 24 kilometry po szutrze, w górę, w dół – nie ma na czym zawiesić oka, ani nawet o co się potknąć, więc funkcje mózgu zostają ograniczone do polecenia: „przebieraj nogami”. Układałam więc stopy na przemian, jedna za drugą, choć coraz wolniej . Czułam już jego oddech na plecach, wiedziałam, że teraz jest szybszy niż ja. Ale jeszcze nie, nie teraz – jeszcze kilometr, jeszcze dwa, jeszcze 5 – myślałam. I nagle stop. Koniec. 54 kilometr. Serce chce walczyć bo przecież nie o zmęczenie tu chodzi. To „tylko” ból w mięśniach, przejdzie. Ale nie przechodzi. Zaczynają się negocjacje: jeszcze metr, jeszcze krok i jeszcze dwa. Powoli. Łzy napływają do oczu, złość na bezsilność miesza się z radością każdego kroku naprzód.

„Ruszyła maszyna po szynach ospale”
Mam wrażenie, że kolekcjonuję każdy metr, długo oglądam z każdej strony, zanim uaktualni się bieżący licznik – 57 km. Jeszcze nigdy nie walczyłam tak o każdy kilometr, jeszcze nigdy tak często nie patrzyłam na zegarek. Organizm mówi stop, a serce dalej prowadzi negocjacje. „OK, nie mam już siły, żeby biec, ale mam siłę, żeby iść. Będę szła, dobrze? Jeszcze kawałek”.

„Jeszcze kawałek” to było jakieś 4 kilometry, które będę pamiętać do końca życia. Nie jako walkę o ostatnie słowo, ale o możliwość kompromisu, który szczęśliwie, choć z opóźnieniem, prowadzi do celu. To niesamowita lekcja pokory – poważna przeszkoda, niemal kolejny szczyt, przed osiągnięciem zaplanowanego celu. Czy żałuję, że zaczęłam bieg za szybko? Nie. Pierwsze 10 kilometrów było magiczne. Z miarowym oddechem, pełnym uśmiechem, spokojem mimo szybkości i radością po koniuszki palców. Czy kolejny bieg zacznę równie szybko? Nie. Lepiej przygotuję się do negocjacji, jeśli będę zmuszona je prowadzić.

Kolejny bieg? TAK. Bo mimo, iż wtedy tam, krzyczałam na siebie, że to ostatni raz, że nigdy więcej – myślę już gdzie, kiedy i jak :)
Serce wygrało z rozumem po raz drugi!

P.s. przed startem w Ultra Noraftrail optymistycznie zakładałam zmieszczenie się w limicie 12 h. Więcej nie chciałam. Pokonałam trasę biegu w 8 h 49 m na ostatnich 4 kilometrach prowadząc jedno z trudniejszych starć z samą sobą. To doświadczenie nauczyło mnie wiele. Zwróciło uwagę na cierpliwość – cechę, której od dziecka mam deficyt i wdzięczność za świadomość, że każdy krok, nawet stawiany wolno, prowadzi na szczyt. A na szczycie czeka zaszczyt. Doświadczam w ciszy, spokoju i z Wami :)

Dziękuję jeszcze raz za Wasze wsparcie. Było naprawdę silnym argumentem w moich negocjacjach z Panem Kryzysem. I choć na pewno dziwnie wyglądałam wpatrzona w telefon na trasie, daliście mi dużo nowej, świeżej siły. Nie tylko w nogach. Dziękuję!
<3!

B.

Ostatnie 5 z 43 km w tempie 5,35/km. Z górki było ;)

5383390_orig

Nigdy nie biegałam długich dystansów. O maratonie nawet nie marzyłam bo nie był w kręgu moich zainteresowań. Po prostu.
Każdy dystans powyżej 5 km uważałam za nudę, a długie wybieganie za stratę czasu. Dzisiaj, bieganie jest dla mnie chwilą dla siebie więc wydłużam dystans. Żeby tego czasu było jak najwięcej 😉

Dokładnie miesiąc temu, 43 kilometry Swiss Irontrail pokonałam prawie w 8, choć lepiej będzie brzmiało :) – 7 godzin i 40 minut.
To był mój pierwszy maraton i pierwszy w górach. Po 15 latach przerwy od biegania, 4 miesiące po zerwaniu więzadła krzyżowego – stanęłam na starcie.

Podekscytowana, niepewna i zupełnie nieświadoma tego, co mnie czeka. Kiedy przyjdzie ten Pan Kryzys o którym wszyscy mówią, że przychodzi. Ale jeśli ZAWSZE jest alter ego każdego ultrasa 😉 to czy dopada też maratończyka? Jak to jest z Panem, Panie Kryzys? 

Pamiętam to pytanie na 15, 20, 30, 35 kilometrze. Gdzie jesteś? Pytałam siebie wraz z każdą tabliczką wetkniętą w ziemię informującą o liczbie kilometrów do mety. Ale nie przyszedł. Nie tym razem. I pisząc to, czuję, że jutro nie będzie tak łatwo. To mój pierwszy bieg ultra. Pierwszy w górach. Kiedyś, trenując regularnie – tyle kilometrów biegałam w ciągu całego DOBREGO tygodnia. Oczywiście nudząc się przy każdym „więcej niż 5km”.

Noraftrail ma limit czasu 12 godzin. W Davos, przy dystansie krótszym o 20 km były 4 godziny więcej. Jeśli więc szybko mogę z Wami przeliczyć swoje możliwości to wychodzi, że teoretycznie powinnam zmieścić się w limicie. Plus – Swiss Irontrail w wersji 43 km miał +/-  2300 m przewyższenia, Noraftrail na 20 km więcej ma +/- 2800 m co trochę inaczej układa trasę i może mieć wpływ na rozłożenie sił. Stając na starcie maratonu byłam jednak pewna, że dam radę go pokonać. W przypadku Noraftrail wiem tyle, że „zwycięzcy stają na starcie” :) Co będzie dalej? Pobiegamy – zobaczymy 😉 

Niestety od czasu maratonu biegałam mało, a trening siłowy, choć regularny, może nie być wystarczający, ale nie będę biadolić. Przedwczoraj zrobiłam swoje pierwsze siłowe maxy: 70 kg na back squat i 80 kg dead lift :) Konsekwencja i systematyka.
Dodaję jeszcze pozytywne nastawienie. Bez tego szczyty pozostają niezdobyte. Dlatego staję na starcie.
I już się nie mogę doczekać.

Ciekawa jestem trasy i wszystkich „elementów zaskoczenia”, bo to one zostają w pamięci na długo. Swiss Irontrail mniej więcej od połowy trasy był wyłącznie zaskoczeniem. Gęsta mgła i deszcz skutecznie pochowały widoki.  Z profilu trasy wiedzieliśmy jednak, że tuż przed metą, na ok. 38 kilometrze czeka na nas ostre wejście w górę (z ok. 1750 m na prawie 2 400 m). Zaraz po punkcie odżywczym zaczęły się zbiegi i podbiegi. I każdy, dosłownie KAŻDY z nich wydawał nam się wstępem do „ostatniego szczytu”.
Nie wiem ile ich było, ale napięcie rosło z każdym z nich, kiedy nagle we mgle, tuż przed naszymi oczyma nagle ukazał się szczyt.
Nikt nie miał wątpliwości, że to TEN. Chwilę później zaczęła się ulewa, ale to już nie miało żadnego znaczenia. Liczyła się tylko droga na szczyt. Nie wiem jaka panorama roztaczała się z wierzchołka, ale widok był piękny – tabliczka z napisem „5 km” tuż przed nosem i na zegarku czas: 7 h 20 m.

I choć 7 h i 20 minut wcześniej, wyobrażałam sobie szczyt radości po pokonaniu tego dystansu w 10 godzin, poczułam nagły przypływ siły. Ostatnie 5 km Swiss Irontrail przebiegłam w tempie 5,35/km.
Pierwsze uczucie po przekroczeniu linii mety?
-„Dałam radę! Zrobiłam to! Tylko zaraz? Jak? To już? Przecież nie zdążyłam się znudzić! 😉

P.s. Przybiegłam na metę po  7 h 46 m. I choć pełnia szczęścia nowicjusza w postaci 19. miejsce w kategorii kobiet i 5. w kat. wiekowej cieszy, tak naprawdę jest tylko dodatkiem. Najważniejszy jest czas zaszczytu po osiągnięciu szczytu. Pamiętajcie o nim i Wy w drodze na własne szczyty niezdobyte :)

Ściskam Was moooocno, ale nie za mocno 😉 Jutro biegam!

Z ciepłymi myślami bądźcie i Wy. Miłego!
B.

Trasa Swiss Irontrail w całości (poniżej zdjęcie mapy wraz z profilem trasy) i link do trasy na mapie.

O bieganiu w podróży, ale nigdy podróży w biegu!

Nie wiem, który raz zaczynam pisać ten tekst 😉  Tak, ten będzie wystarczająco dobry – przecież nie musi być perfekcyjny :)

Nie jestem sportowcem, choć 15 lat temu (przez prawie 10) biegałam coś co dzisiaj nazywałoby się modnie „trailem” :)
Nie odnoszę sukcesów na innych arenach niż na własnej, a do biegania wróciłam przez kontuzję. Diagnoza: zerwane więzadło krzyżowe w lewym kolanie. Dosłownie; musiałam spaść z konia żeby wrócić na ścieżkę. Biegam w lesie, uwielbiam w górach.
Tam jest mój czas offline, jeśli go potrzebuję. A tak naprawdę, jako pracoholik zrywający z nałogiem, dopiero się tego uczę.
To mój szczyt.

Blog powstaje z odnalezionej na nowo miłości do życia, pasji do podróży i nieprzebranej chęci doświadczania smaków, zapachów i ludzi.
„O bieganiu w podróży, ale nigdy podróży w biegu” jest przenośnią. Potraktuj to szerzej. Kiedy biegasz możesz się nawet śpieszyć – jeśli oczywiście chcesz 😉 Nie śpiesz się kiedy robisz coś, co jest dla Ciebie ważne. Nie pędź z listą szczytów na kolejny szczyt. Nie odhaczaj.
Daj sobie czas na doświadczanie zaszczytu. Oddychaj.
Możesz.

Trochę więc o sztuce łapania oddechu jest ten blog bo jestem taka jak Wy. Mam marzenia, miewam obawy. Uczę się na nowo patrzeć na życie i tymi uczuciami chcę się z Wami dzielić.

Doświadczaniem przenoszenia własnych granic, radością, która temu towarzyszy (postaram się znaleźć słowa, nie będę rysować – obiecuję ;)) motywacją, ale i umiejętnością rezygnowania kiedy naprawdę trzeba.

Masz dość wyzwań na co dzień? Ale czy na pewno są Twoje, dla Ciebie? A gdyby tak… zrobić coś co naprawdę lubisz.
Gdzie leży Twój szczyt?
Sprawdzisz?

Możesz zdobywać wiele szczytów naraz, ale zdobycie każdego zaczyna się u podnóża góry.
Zwycięzcy stają na starcie!

Ruszam. Kto chce dołączyć, zapraszam :)
P.s. Mapa, którą widzicie powyżej nie jest przypadkowa. Będę oznaczać każdą podróż, każdy bieg :)

Pozdrawiam Was serdecznie!
B.

P.s.2 możecie łapać :) mnie tutaj: info@szczytzaszczytem.pl lub na profilu na Facebooku.