Wysokie Tatry. Łomica (2 634 m n.p.m.) – zimowe wejście i magiczny powrót

Zrzut ekranu 2016-02-06 o 22.47.18

Kiedy jestem w górach nie myślę o jutrze. Nie obchodzi mnie też cały kalendarz zaplanowanych spraw „na później”. W górach nie ma później i nie ma tam. I choć wiem, że jest to tylko na chwilę, im częściej przechodzę na tę drugą stronę lustra, tym trudniej mi wracać. Co tak sprawia?

Siedzę znów nad kalendarzem i planuję teraźniejszość odroczoną o dzień, tydzień, spotkanie „x” w sprawie „y”. Spoglądam w okno – pada. Ale nie czuję. Ani zapachu deszczu, ani zimna na skórze. Nie czuję wiatru, a sądząc po resztkach liści na drzewach – wieje. Powietrze, którym oddycham jest suche i ciepłe – tak bardzo nie pasuje do „teraz” za oknem. Kiedy potrzeba jest większej odwagi i wytrwałości? Tam, kiedy w śniegu po pas idzie się w górę, czy tutaj – siedząc za biurkiem, w cieniu grzejnika?

Uwielbiam góry za to, że mogę być odważna i jednocześnie się bać, że mogę być silna i zmęczona, że mogę być sobą i po swojemu być szczęśliwa. Do niedawna kiedy tylko zima pojawiała się na horyzoncie, mój plan aktywności najdalsze wędrówki zakładał w różne części… kanapy. W skład ekwipunku wchodził obowiązkowo gruby koc, wełniane skarpy, książka i kubek gorącej herbaty. Oczywiście starałam się zmieniać punkty widokowe z oparcia na siedzisko, wykorzystując trzy znane i opanowane do perfekcji techniki: siedząc, leżąc lub półleżąc.

Tak było jeszcze w ubiegłym roku. Tymczasem za dwa tygodnie biegnę Zimowy Ultramaraton Karkonoski, a dwa tygodnie temu, po świeżym opadzie śniegu, dałam się namówić 😉 na prawdziwie zimowe wejścia w Tatrach – na Łomnicę i Świnicę. I choć w obliczu zdobytej właśnie Nangi Parbat to może drobiazg, dla mnie to „Everest” z którego jestem ogromnie dumna. Myślę, że to właśnie możliwość przezwyciężenia własnych słabości jest jednym z piękniejszych górskich darów. Suma własnych strachów i dowodów odwagi podczas każdej wyprawy staje się grą w ciepło – zimno, z tą różnicą, że nie wiadomo czy więcej jest strachu, czy rosnącej odwagi kiedy podchodzisz wyżej.

Kolejnym szczytom przedstawiał nas Grzegorz Bargiel – międzynarodowy przewodnik IVBV, z którym wcześniej zdobyliśmy Mnicha i Gerlach. Cenimy jego profesjonalizm i spokój nawet wtedy, gdy po drodze na Łomnicę mijamy inną ekipę, która po dojściu do połowy drogi zawraca w dół. Grzegorz rzuca tylko jedno zdanie – Na razie jest OK, ale jeśli uznam, że dalej jest zbyt niebezpiecznie, zejdziemy w dół – bez chwili wahania. Jak zwykle nie mamy wątpliwości, że wie, co robi. Trochę pewnie dla odwrócenia naszej uwagi od myśli o możliwym zejściu, pokazuje nam różne rodzaje śniegu, i jak ominąć ten, który przy określonych warunkach mógłby wywołać lawinę. Pewnie w przypływie strachu robię dziwną minę bo właśnie wtedy, jakby w odpowiedzi, słyszę, że dzisiaj zagrożenie lawinowe jest niewielkie. Śnieg jest zbyt sypki, a pod spodem zalega jeszcze ten z listopada. Przyjmuję to za dobrą monetę, ale jeszcze nigdy nie gapiłam się na śnieg jak wtedy. Idę dalej, co dwa kroki wbijając czekan i przepinam linę zgodnie z instrukcjami.

Pogoda jest piękna. Choć rano mocno wiało i padał śnieg, w południe świeci słońce. Na twarzy i karku czuję przyjemne ciepło, a wokół roznosi się zapach topniejącego w słońcu śniegu. Uśmiecham się chyba bez przerwy mimo zmęczenia. Zamykam na chwilę oczy, biorę głęboki oddech i słyszę już tylko bicie swojego serca i miarowe pulsowanie na skroni. Uwielbiam to uczucie kiedy już bardziej chyba nie da się być w tej jednej chwili. Jeszcze jedna długość liny, ostatnich kilka metrów i… jest pięknie kiedy wchodzimy na szczyt.

U góry praktycznie nie ma nikogo poza turystami czekającymi w schronisku na kolejkę zwożącą w dół. Ale my, mimo początkowego planu na zjazd, decydujemy się schodzić. Nie mamy zbyt wiele czasu, ale pełną determinację. Aparaty lądują na dnie plecaków, uzgadniamy brak przerw bez potrzeby. Jak zejście, to w tempie. Pierwsze partie zjeżdżamy na linie, kolejne schodzimy szybkim marszem i zaczynamy biec. Jak okiem sięgnąć przestrzeń, pola białego puchu z gdzieniegdzie widocznymi jeszcze śladami, które zostawiliśmy tutaj podczas podchodzenia. Niesamowite, że dzisiaj nikt nie był tu przed nami i po nas. Uśmiecham się tak, że powoli zaczynam słyszeć swój śmiech – to jeden z tych momentów, kiedy mam ochotę spojrzeć w niebo i krzyczeć ze szczęścia. Ale zamiast tego bawimy się ze śniegiem. Mamy go po kolana ale cięgle zbiegamy z góry. Odwracam się na chwilę by spojrzeć na te trzy, nowe oddzielnie pozostawione ślady. W tym momencie zza góry wysuwa się zachodzące słońce rzucające na nas czerwono – filetowy cień. Piękna chwila. Jedna z tych niewielu kiedy chcesz jednocześnie uchwycić myśl, złapać zapach, zatrzymać się na chwilę będąc ciągle w ruchu. To ułamek sekundy, a tyle się dzieje. Zrobiłabym zdjęcie, ale umowa to umowa, więc biegnę zapamiętując.

Na dole znaleźliśmy się po 42 minutach od decyzji o schodzeniu. I to była druga tego dnia, najlepsza decyzja. Dziękuję za każde 60 sekund, za każdy oddech tamtym powietrzem, za przyspieszone bicie serca i ten jeden zatrzymany w pamięci magiczny moment – cenniejszy dla mnie niż sam szczyt.

Wiecie co było dla mnie zawsze najtrudniejsze kiedy wracałam z różnych podróży? Zmiana stref czasowych i konieczność szybkiego dopasowania się do nowej rzeczywistości. Ale dotychczas nie było trudniej niż po powrotach z gór. Kiedy bowiem w jednej chwili Twoja teraźniejszość zamienia się w przeszłość, a przyszłość zapisana w kalendarzu zaczyna się o Ciebie upominać, dopasowanie się wymaga wysiłku. Odwagi i wytrwałości potrzeba w górach, ale i nie mniejsza determinacja potrzebna jest w stawianiu czoła tym zaplanowanym wcześniej dniom, tygodniom, spotkaniom „x” w sprawach „y”. Cierpliwości z kolei, potrzeba by czekać na teraźniejszość kolejnej wyprawy i jednocześnie żyć, tu na dole – najpełniej jak się da. A da się. Zwłaszcza wtedy, kiedy o tym co tam, u góry, można tęsknić. Tęsknota, jako jedyna nie ulega przedawnieniu i nie da się jej zaplanować. Ona jest.

Weszliśmy na Gerlach! Szczęśliwi popatrzyliśmy na świat z poziomu 2655 m n. p. m.

GOPR7837

– Zaliczyliście Gerlach? – czasem tak brzmiało pytanie po naszym powrocie z Tatr.
– Nie, nie zaliczyliśmy – odpowiadamy. Dlaczego? Bo „odhaczanie” spełnionych marzeń nie pozostawia przestrzeni na radość, celebrowanie minionych chwil, przeżywanie. Każe się spieszyć po kolejny punkt na liście. Skraca i przede wszystkim spłyca pokonaną drogę. A my nie ścigamy się czasem ani z nikim innym. Nie pędzimy po następne „zaliczenie” bo nie mamy szczególnej listy celów – ot, raptem J kilka marzeń. To one są dla nas początkiem drogi. Motywacją, która pcha do przodu, ale nigdy nie goni. Najpiękniejszym marzeniem jest przecież to, któremu pozwala się dojrzewać wraz z sobą.

Od dawna marzyłam by w końcu pojechać w wysokie góry i połazić jak za starych, studenckich jeszcze czasów. Bardzo chciałam odwiedzić stare ścieżki: Dolinę Strążyską i Ścieżkę pod reglami, Halę Gąsienicową , Dolinę Chochołowską, Sarnią skałę, może Giewont – układałam plan w głowie i na mapie. Góromaniacy mieszkający na nizinach liczą czas od jednego do drugiego wyjazdu w góry :) więc kiedy w połowie listopada pojawił się długi weekend wiedzieliśmy, że właśnie zaczynamy odliczać dni.

Dwa tygodnie przed wyjazdem obserwowaliśmy pogodę. Prognozy na połowę listopada wskazywały utrzymującą się zimową aurę, a śnieg, który spadł w Tatrach jeszcze w październiku miał otrzymać nową warstwę świeżego puchu. Mieliśmy więc od wyboru – zabrać deski snowboardowe 😉 albo zmodyfikować plan.

Skontaktowaliśmy się z Grzegorzem Bargielem, międzynarodowym przewodnikiem wysokogórskim IVBV/ UIAGM. Wiedzieliśmy, że jeśli w takich warunkach mamy iść w góry to tylko z nim. Kilka telefonicznych konsultacji co do potrzebnego sprzętu, ubioru i prawie nieprzespana noc poprzedzająca dzień wyjazdu- reisefieber nie przechodzi z wiekiem :)

To co, chcecie iść na Gerlach?
Na Gerlach wchodziliśmy drugiego dnia naszego pobytu w Zakopanem. Dokładnie pamiętam pytanie Grzegorza o cel tej wyprawy. Schodziliśmy wtedy z Mnicha podekscytowani, szczęśliwi, ale skupieni. – „To co, chcecie iść na Gerlach” – rzucone nagle tak naturalnie, jakby dotyczyło wyboru płatków czy jajecznicy na śniadanie. Oczywiście, że pojawienie się przewodnika wysokogórskiego budzi chęć podkręcenia planu. Po cichu nawet marzyliśmy o królu Karpat, ale nie chcieliśmy by ta góra przysłoniła nam prawdziwy cel podróży. Nie przyjechaliśmy tam przecież dla niej tylko dla siebie.

Czy się bałam? Jasne. Też. Ale więcej było podekscytowania i góra radości na samą myśl o prowadzącej drodze na szczyt. -„Pamiętaj idziemy z najlepszym przewodnikiem, trzeba mu zaufać i słuchać poleceń, on wie co robi” – przypomniałam sobie słowa, które przed wyjazdem słyszałam dość często 😉 I rzeczywiście wszystko w tym zdaniu jest prawdą. Rzadko, naprawdę rzadko spotyka się tak profesjonalnych w swojej pracy ludzi. Chciałabym mieć 15% opanowania Grzegorza i chociaż 10% jego spokoju.

Gerlach w zasięgu!!!
Chyba dopiero kiedy ustawiałam budzik na 4.00 dotarło do mnie, że rano ten sen będzie się dalej śnił. Mimo, że spałam słabo i krótko wstałam wraz z pierwszym dzwonkiem budzika. Obyło się nawet bez mruczenia wyzwisk pod jego adresem, a proces mojej porannej aktywacji skrócił się przynajmniej o 20 minut. Wychodząc w góry przecież nie ma wątpliwości w co się ubrać i jakie buty włożyć 😉 :)

Podróż z Zakopanego na Słowację zajęła nam około godziny. Im bliżej byliśmy celu tym niebo stawało się mniej granatowe. Kiedy dotarliśmy do Domu Śląskiego – początku drogi na Gerlach na naszych oczach rozpoczynał się spektakl. Wschód słońca o tej porze roku robi niesamowite wrażenie. Nie sposób opisać ferii barw na horyzoncie. O 6.30 po raz pierwszy zaparło nam dech.

Atakujemy szczyt
Wyruszyliśmy w górę przez tzw. Wielicką Próbę. Na Gerlach nie ma wytyczonego szlaku, a trasa jest trudna technicznie, ze sporą ekspozycją ścieżek. Jest wiele niebezpiecznych momentów ze sporymi urwiskami skalnymi, które można bezpiecznie obejść znając drogę. By wejść na szczyt, poza znajomością drogi i specjalistycznym sprzętem potrzebne jest też zezwolenie słowackiego parku narodowego. Nie ma więc innej możliwości na bezpieczne i legalne wejście na Gerlach niż z asekuracją przewodnika wysokogórskiego UIAGM. Grzegorz poprowadził nas w górę i dół jak po sznurku, czy raczej linie, którą byliśmy związani już od pierwszych, trudniejszych momentów. Szedł pierwszy, czasem podpowiadając w którym miejscu stawiać stopy, a czasem – na trudniejszych etapach, pokazywał całą strategię :) na pokonanie odcinka. Od momentu spięcia liną jedyną obowiązującą jednostką czasu jest „tu i teraz”.

Każda droga, czy wejście na szczyt – choć męczące fizycznie przynosi spokój i daje wytchnienie od codziennych spraw. Kiedy wychodzę w góry nie ma siły, która mogłaby skierować moje myśli na inne tory niż szlak, którym idę. Tym razem jednak, wrzucając telefon do plecaka zapomniałam wyciszyć dźwięki. Kiedy więc zadzwonił w pierwszych ułamkach sekund nie wiedziałam co się dzieje. Nie rozpoznałam dźwięku, którego nie zmieniałam przez ostatni rok. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to telefon. Że mój i, że dzwoni. Dziwne wrażenie – podobne do tego, kiedy budzisz się ze snu w najlepszym momencie i chcesz jak najszybciej zasnąć by śnił się dalej. Całe szczęście w tym przypadku jest to całkowicie możliwe.

Szczęśliwie zmęczeni czasu nie liczą
Ile zajęło nam wejście na szczyt? Nie wiem. Kilka godzin. Szczęśliwie zmęczeni czasu nie liczą :) Wrażenia ze szczytu? Radość i szczęście, przestrzeń i wolność, zachwyt. Błękit nieba, blask słońca, które w listopadzie nie zdarza się co dzień. Serce bije szybciej, ale nie wiadomo czy ze zmęczenia, euforii, czy strachu przed przepaściami tuż obok. Staję na wierzchołku, patrzę w turkusowe oko gerlachowskiego krzyża. Jestem na najwyższym szczycie Karpat – 2655 m n.p.m. Uśmiecham się. Cieszę. I tylko nie skaczę z radości 😉

Powietrze robi się jednak coraz zimniejsze a wiatr wzmaga na sile. Trzeba schodzić w dół. Jeszcze klika pamiątkowych fotek, łyk ciepłej herbaty z termosu i wracamy. Schodzimy przez tzw. Batyżowiecką próbę. To najtrudniejszy odcinek podczas drogi w dół. Sporo ekspozycji, luźnych kamieni i stalowych, pionowych schodków wmontowanych w skały. Często, żeby móc stanąć na stopniu niżej musimy maksymalnie wyciągnąć ręce by złapać stopnień wyżej. Przewodnik idzie ostatni, asekuruje nas w trudniejszych momentach, których liczba zwiększa się wraz ze wzrostem nachylenia zbocza. Wykorzystujemy punkty asekuracyjne wbite w skały, czasem zjeżdżamy po linie. Są miejsca, kiedy idziemy po śniegu, uważnie omijając szkliste, lodowe odcinki a czasem zatrzymujemy się na chwilę.

Każdy postój na uspokojenie oddechu wykorzystujemy na zatrzymanie obrazów. Rejestrujemy te wszystkie stopklatki z uwagą. Stopniowo schodząc w dół sprowadzamy nasze „tu i teraz” do wspomnienia. Kiedy na wysokości Batyżowieckiego stawu jest na tyle bezpiecznie, że zdejmujemy uprząż, a kaski chowamy do plecaka, zaczynamy powoli tęsknić. Przedłużamy więc czas wyprawy pozwalając sobie na chwilę relaksu nad wodą. Jest tak ciepło, że rozkładamy kurtki na ziemi jak koce i leżymy gapiąc się w niebo.

Ile czasu byliśmy w górach? Nie wiem. Bo czy można zmierzyć czas trwania „tu i teraz”? Nasza historia z Gerlachem w tle staje się wspomnieniem, opowieścią o radości, przestrzeni, sile woli i szczęściu. Nie zaczyna się od „zaliczyliśmy Gerlach” bo zrobiliśmy wiele więcej. Przekonaliśmy się, że rzeczywiście czasem wraz z marzeniem dostajemy siłę na jego realizację. Jeśli przychodzi właściwy czas, znajdujemy się we właściwym miejscu, z właściwymi ludźmi. Nawet pogoda właściwie jest wymarzona. Lato w listopadzie w wysokich Tatrach nie zdarza się często a nam się zdarzyło. Śnieg zaczął prószyć kiedy kładliśmy się spać.

PS. O naszej wyprawie w Tatry przeczytacie również tutaj.

PS2. Relacja z wyprawy na Mnicha się pisze 😉

 

 

Spod samiuśkich Tater – pikne lato w listopadzie! Hej! :)

DSCN8117 (1)

Kocham góry. Być może dlatego, że do nieba stamtąd jest najbliżej. Być może dlatego, że jako jedne z nielicznych – były, są i będą. Uwielbiam je za ich siłę, wolność jaką dają i przestrzeń. Kocham również za to, że to tutaj  lubię siebie najbardziej.

Zwykle zaczyna się już od spakowania górskich butów – pojawia się pierwszy uśmiech na samą myśl, że „będzie chodzone” :) Potem długa droga podczas której wygłupów nie ma końca. Śpiewam, chociaż normalnie tego nie robię i nie chcielibyście usłyszeć jak 😉 tańczę na fotelu, skaczę na stacji benzynowej. Nieważne, że ludzie się gapią. Nieważne, że tym razem wciąż walczę z katarem, a leki zwalczające wirusy powinny skutecznie ostudzić moje zapędy. Nic z tego. Przypominam dziecko, które wie, że za chwilę będzie na placu zabaw. Obowiązuje zasada: „nie mam siły, żeby iść, ale mam siłę, żeby biec” :)

I pewnie niewielu zrozumie siłę, która sprawia, że w wolny weekend zamiast kłaść się spać nad ranem, wstajesz w nocy. Budzik ustawiony na 4.00 dzwoni tylko raz. Nie pamiętasz wymówki: „już wstaję, jeszcze tylko jedna drzemka”. Nie człapiesz do łazienki a prawie wbiegasz z pieśnią na ustach i szczerzysz zęby do swojego odbicia w lustrze. Ahhh, zapomniałam – jesteś typem sowy? Naprawdę???

Też tak myślałam. Do czasu takich widoków ja ten. Kto z Was w takim momencie użyje przycisku „drzemka”?

I tak jak przecież we wczesnym wstawaniu nie chodzi o to, żeby nie spać, tak w chodzeniu po górach nie chodzi wyłącznie o zdobywanie szczytów. Najważniejsze jest doświadczanie. Tu i teraz. Przeżywanie, czucie, bycie. Poznawanie siebie – zawsze bardziej w formie obserwacji niż sprawdzania. Zamiast „ciekawe czy dam radę tam wejść” wybieram „ciekawe czego będę doświadczać podczas tej podróży”. To podejście zakłada, że każdy możliwy scenariusz będzie dobry. Nie ma presji.

Za każdym razem wychodzę więc w góry skupiona, ale maksymalnie otwarta na doświadczanie. Chłonę wszystko łapczywie – bardziej niż pierwszą kawę o 5 rano. Przestrzeń, wolność, radość unoszą się w powietrzu. Wystarczy wyciągnąć rękę, spojrzeć ku górze, wsłuchać się w ciszę. Kurtka chroniąca przez deszczem i wiatrem przepuszcza tylko szczęście.

Spędziliśmy w Tatrach cudowne 4 dni, których rytm wyznaczały góry. Poznaliśmy ciekawych świata ludzi, odwiedziliśmy przytulne i przyjazne miejsca, w których jedliśmy, odpoczywaliśmy i dzieliliśmy się wrażeniami. Wdrapaliśmy się na do tej pory niedostępne dla nas szczyty, zrobiliśmy setki zdjęć chcąc zatrzymać jak więcej chwil. Okazało się, że „tu i teraz” wcale nie jest dla nas za ciasne, a o tym co „potem i tam” potrafimy milczeć.
————————————————————————————————————————————————————————————-

W Tatry Wysokie prowadził i sprowadzał nas w dół :) Grzegorz Bargiel, międzynarodowy przewodnik IVBV. Więcej o wejściach na Mnicha i Gerlach napiszę w osobnych postach, ale gdybyście zastanawiali się z kim iść w górę polecamy kontakt z Grzegorzem – choć może nie za częsty, żeby i dla nas znalazł jeszcze kiedyś chwilę 😉 :)

Jeśli szukalibyście noclegu – polecamy adres VILLA 11 folk & design. Niesamowicie klimatyczne miejsce z absolutnie przemiłą obsługą, która robiła wszystko byśmy wychodząc w góry przed 5.00 mieli przynajmniej spakowane śniadanie i owoce. (I nikt z nich nawet nie domyślał się, że po przyjeździe będę chciała napisać ten tekst).

(fot. Villa 11)

Na ogół jedliśmy w Dobra Kasza Nasza, którą jakiś czas temu odwiedziła M. Gessler. Poza kaszą w wariantach, których nawet nie jesteśmy w stanie policzyć zjecie też placki ziemniaczane, kwaśnicę i żeberka (oczywiście z kaszą) :) Warto wpaść i spróbować kaszy z pieca.

Wieczór zaczynaliśmy (i nie chcieliśmy kończyć 😉 ) w STRH Cafe & Gallery. Ten uroczy strych już od progu kusi spokojem i przyciąga ciepłem. To tutaj najczęściej odpoczywaliśmy i zamawialiśmy na wynos zielone koktajle na szybkie śniadanie- smakują wyśmienicie nawet (zwłaszcza!?) o 4 rano. A na kolację zajadaliśmy się pysznym tortem daktylowym z masą krówkową (moim ulubionym) albo marchewkowcem z lodami. Koniecznie spróbujcie też polskiego, ekologicznego wina np. z aronii.

(fot. STRH)

Cudowne dni kiedy udaje się zatrzymać czas, zawsze są zbyt krótkie. Zwłaszcza kiedy pełen wrażeń dzień zaczyna się nocą.
I nawet jeśli to był tylko sen, niech się śni.

 

 

Rajskie plaże na wyłączność. Wyłącznie na Lofotach.

DSCN2081

Jeszcze rok temu myślałam, że najlepsze wakacje to takie, których plan przewiduje wylegiwanie się na leżaku w otoczeniu białego piasku i szmaragdowo przeźroczystej wody. Przed wyjazdem oglądałam zdjęcia starannie wybierając swój upragniony kawałek rajskiego krajobrazu. Po przyjeździe na miejsce na ogół zgadzało się wszystko. Poza jednym. Gęstość zaludnienia na metr kwadratowy piasku/przez jeden leżak. Ciekawe kto wycina tych wszystkich ludzi w posprodukcji zdjęć do folderów turystycznych 😉 :) Pogodziłam się więc z tym, że: biały piasek i turkusowa woda występują ZAWSZE w towarzystwie ludzi, a towarzystwo ludzi przyciąga innych ludzi, a im więcej ludzi tym więcej leżaków, więcej wodnych gier i słodkich drinków z pakietu „all inclusive”.

A gdyby wyobrazić to sobie tak:
Biały, sypki jak w klepsydrze piasek, połyskująca w słońcu turkusowa woda w której przeglądają się pobliskie wierzchołki ośnieżonych szczytów gór. Podchodzisz bliżej, zapadasz się w pisaku, jesteś onieśmielony widokiem. Spuszczasz głowę z szacunkiem – na tle tej przestrzeni jesteś malutki. Bardzo powoli bierzesz trzy głębokie oddechy zatrzymując w płucach powietrze tak, jakbyś chciał się nim najeść. Powoli podnosisz głowę. Patrzysz. Oddychasz. Wiesz, że nic więcej nie musisz. Ale też nic już więcej nie chcesz. Zdajesz sobie sprawę, że ten widok i te góry były tu przed Tobą. I będą po Tobie. Najdziwniejsze, że w końcu znajdujesz w sobie na to zgodę. Rozumiesz, że taki jest porządek świata.

Siadasz na piachu. Nieważne, że jest mokry, że jest zimno i zamiast kostiumu kąpielowego wkładasz czapkę. Gapisz się, chłoniesz powietrze o lekko słonawym smaku i zastygasz. Przestajesz liczyć czas bo nie ma on większego znaczenia. Zwłaszcza podczas dni polarnych w Norwegii – zawsze zdążysz „za dnia” do domu.

Nie wiesz więc czy jeszcze tego samego dnia czy trzy dni później postanawiasz wdrapać się na pobliskie szczyty i spojrzeć na wszystko z góry. To nic, że po drodze wieje tak, że o bieganiu nie ma mowy a Twoja postawa przypomina bardziej pełzającą jaszczurkę (chociaż w naszym przypadku to raczej waran z Komodo 😉 :). Kiedy docierasz na górę wiesz, że będziesz przywoływał ten widok jeszcze wiele razy pamiętając doskonale zapach tej chwili.

W Norwegii chwil zaszczytów możesz doświadczać na każdym kroku. Wystarczy otworzyć się na przyrodę, której m.in. na Lofotach jest zdecydowanie więcej niż miejsc zamieszkałych. To tutaj trafiliśmy na dla nas najpiękniejsze na świecie plaże. Jeśli zaakceptujesz zmianę stroju kąpielowego na nieco inny strój będziesz mógł dostrzec magię tych miejsc. Ja nie żałuję ani jednego centymetra opalenizny, której z tamtych wakacji nie przywiozłam, ani żadnej minuty z nieprzespanej nocy/dnia. Dzisiaj mogę zamknąć oczy i być tam z powrotem. Dzięki temu mogę i Was zabrać w te miejsca.

Plaże Haukland i Utakleiv:
Niesamowite, że są takie miejsca na świecie i nawet nieszczególnie ukryte, nieszczególnie daleko. Wklejam zdjęcia i żałuję, że nie mogę załączyć zapachu tych miejsc.

Nusfjord, Reine i A na końcu świata:
Jadąc dalej na północ traficie na miejscowość Nusfjord, jedną z najstarszych wiosek rybackich w Norwegii. To tutaj dowiadujemy się skąd wziął się czerwony kolor charakterystycznych domków (rorbuer). Były własnością rybaków, więc by było najtaniej, farba była pozyskiwana z rybiego tranu z domieszką krwi wielorybów. Do dzisiaj tzw. czerwień faluńska (od nazwy kopalni miedzi w Falun) spotyka się z dużym sentymentem Norwegów. Według obliczeń pigmentu z tego źródła wystarczy do 2090 roku.

Reine to kolejna malownicza wioska rybacka, która uznawana jest za jedno z najpiękniejszych miejsc w Norwegii. Zwłaszcza panorama roztaczająca się z pobliskiego urwiska.

Zaledwie 10 kilometrów dalej na północ jest miejscowość A (czyt. O). To ostatnia litera norweskiego alfabetu i najdalej na północ wysunięta miejscowość Lofotów. To tutaj jest piekarnia funkcjonująca nieprzerwanie od 1844 roku, najstarsza w Europie fabryka oleju z dorsza oraz kuźnia, w której wciąż powstają lampy opalane tym olejem.

Gimsoya po drodze do Svolvear:
Jadąc do stolicy Lofotów – Svolvear trafiamy na kolejną, magiczną plażę. Tym razem mgła nie pozwala zobaczyć pobliskich gór, ale zawieszona tuż nad wodą, dodaje aury tajemniczości. Wiemy, że tam gdzieś w oddali są szczyty. Nie musimy ich dzisiaj zdobywać by doświadczać zaszczytów. Zaszczycamy się ciszą.

Więcej o naszej wyprawie za koło podbiegunowe poczytacie tutaj.

Norwegia za kołem podbiegunowym. Zabawa w ciepło – zimno oraz Tromso Skyrace odkryciem na miarę szczytu.

DSCN1815

Miałam nadzieję, że pisząc ten tekst z perspektywy kilku miesięcy od wyprawy, nastąpi naturalna selekcja doświadczeń i miejsc, którymi będę chciała się z Wami podzielić. Ale w tej historii czas nie ma żadnego znaczenia. Zatrzymał obrazy, kolory i zapachy tak silnie, że kiedy zamykam oczy przenoszę się tam. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę w stanie użyć określenia „moje miejsce na ziemi” w stosunku do innego miejsca niż dom rodzinny.
Zawsze też myślałam, że lubię ciepło. Deszcz, mróz, śnieg , +/- 10 stopni zachęcały co najwyżej do wycieczki na kanapę. Zamiast czapki, plecaka i mapy wybierałam koc, książkę i kubek herbaty. Wyjście na dwór? Brrrrrrr, czy jest coś, czego nie można zamówić z dostawą do domu?

Zabrakło słów. Dobrze, że aparat pod ręką
Do tej pory wakacje letnie spędzałam tylko w słońcu, koniecznie nad wodą, z brązową opalenizną 2 tygodnie później. Oszukiwałam zimę wyjeżdżając tam, gdzie jest lato. Doświadczać zimy latem na własne życzenie? Nie ma (nie było) większej bzdury. Jednak najpiękniejsze letnie wakacje spędziliśmy na dalekiej północy, za kołem podbiegunowym, gdzie temperatura +10 stopni była jedną z wyższych. Deszcz, słońce, zima, lato – pogoda potrafiła skrajnie zmienić się w 5 minut – jak ja 😉
Ale wiecie co jest najsilniejszym wspomnieniem?

Pierwsze chwile naszej podróży, kiedy ruszyliśmy z Tromso na Lofoty przez wyspę Senja. Najpierw uderza przestrzeń, potem cisza i spokój stopniowo odbierają mowę. Wzmaga na sile poczucie wolności, aż w końcu zatrzymujesz się na pobliskiej łące i krzyczysz, żeby upewnić się czy na pewno nie śpisz 😉 Ale potem już nic nie mówisz. Wiesz, że żyjesz.
Zatrzymujesz się na zdjęcia co kilometr tak, jakbyś chciał zabrać to wszystko na „później”. (czekam na aparaty z funkcją „rejestracja zapachu” :) bo ten tam, jest nie do powtórzenia). Miesza się zapach desek i ciepłej smoły ze starego portu, świeżych ryb, słonej wody w powietrzu i wiatru od fiordu z wyczuwalną wonią wszechobecnie suszonego dorsza. Na to wszystko nakłada się ciepło słońca grzejącego tuż po zimnym d(r)eszczu. Gdzieś w oddali  – tęcza w zatoce i czerwone niebo po drugiej stronie brzegu; kraina wiecznego śniegu na najwyższym szczycie Lofotów i duma ze złowionej ryby na kolację.
Uff, nie sposób wymienić tego wszystkiego na jednym tchu 😉

Kto powiedział, że w raju musi być ciepło?
Widziałam wiele tzw. „rajskich” plaż z listy „must see” . Szerokie, długie, biały piasek, turkusowa woda. Ale tylko te w Norwegii spełniają to wszystko i mają jedną cechę, która odróżnia je od reszty. Są puste. Nie ma gier i zabaw w plażowego krykieta, nie ma wody z kokosa i zdjęć z papugami. Jedyne co jest to jest… zimno :) Nie żałuję ani jednego centymetra opalenizny, której nie mam. Tylu wspomnień, doświadczeń smaków i zapachów Norwegii nie zamieniłabym na nic i za nic. To tutaj zdobyłam swoje pierwsze szczyty, na kilka innych nabrałam ochoty. Wiem już, że jednak potrafię oddychać bez nieustannego napięcia przepony, że lubię nie mieć na coś wpływu, że ciągle nie potrafię wskoczyć w kałużę tak, żeby się nie ochlapać. Tutaj też pierwszy raz stanęłam na starcie górskiego biegu.

Pierwszy bieg, pierwszy szczyt, pierwsze ZAszczyty
Tromso Skyrace to marzenie niejednego górskiego biegacza. Stanąć na jednej linii startu z międzynarodowej klasy biegaczami ultra z całego świata to ZAszczyt. Być częścią wydarzenia organizowanego przez guru biegów ultra Kiliana Jorneta i Emelie Forsberg to przeżycie pozostające w pamięci bez względu na to, że: mgła przykryła całą trasę, przez cały czas padał deszcz, a przez przewyższenie +/- 1600 m na 20 km trzeba się było napocić. Nic niezmienni tego, że szczyt Tromsdaltinden był pierwszym na mojej trasie po 15 długich latach przerwy od biegania. Był początkiem, ale i końcem pewnego etapu przygotowań. Pamiętam, że wdrapywałam się na górę jeszcze nieśmiało. Niepewna czy mogę, czy dam radę stanąć na szczycie. No bo jak? Tak po prostu, po niespełna 3 miesiącach od momentu zerwania i ciągle bez ACL? Śmieję się dzisiaj, że mgła była tak duża, że nie zauważyłam kiedy znalazłam się na górze. Teraz, kiedy patrzę na tę drogę, jestem dumna, że dałam radę się tam wgramolić (i zbiec!) :) i szczęśliwa, że to nie była samotna droga. Gdyby nie ludzie, których spotkałam, gdyby nie ich wsparcie i wiara prawdopodobnie nie pisałabym tego tekstu (może jakiś inny? ;)) Wiem, że większość motywacyjnych gadek mówi, że droga na szczyt jest zawsze długa, ciężka i samotna. A ja znów myślę, że nie ma większej bzdury. Każdy sam co najwyżej określa swoje szczyty, ale nie idzie tam w pojedynkę. Chyba, że świadomie wybiera samotną drogę. Ale czy szczyt zdobyty ze wsparciem czyjegoś ramienia jest niższym szczytem?

Kiedy budzisz się w środku nocy, której nie ma :)
W Norwegii absolutnym szczytem jest pobudka przez renifery. Wychodzą o 4-5 nad ranem, choć możesz powiedzieć, że w nocy. Latem nie ma to większego znaczenia bo praktycznie… nie ma nocy. W każdym razie kiedy Ty się budzisz, patrzysz przez okno a tam one – stoją i skubią sobie trawę, zupełnie jak u nas kozy. Początkowo nie wiesz, czy to się Tobie śni, czy dzieje się naprawdę. Kiedy jednak (po śniadaniu! :)) wsiadasz do samochodu i dalej je widzisz, znaczy, że one naprawdę tam są. Podróżowanie samochodem o tej porze dnia bywa niebezpieczne, ale jednocześnie absolutnie pasjonujące. Kawa nie jest potrzebna – oczy wybałuszone niezmiennie, bo nagle z jednej strony jezdni przechadza się łoś, a z drugiej renifery wylegują w pierwszym słońcu. Widziałam białego renifera. Pierwszy raz. Nie wiem jaki to znak, ale myślę, że najlepszy :)

Tego samego dnia bowiem trafiliśmy w absolutnie wyjątkowe miejsce. Odwiedziliśmy wyspę Uloyę z 16 domami i kilkunastoma mieszkańcami – nie licząc reniferów i łosi. Wśród mieszkańców wyspy, serdecznie przyjęli nas… Polacy prowadzący tam bazę outdorową. To tutaj złowiliśmy największą rybę i zakochaliśmy się w tym miejscu. Majestatyczne Alpy Lyngen i ich ośnieżone wierzchołki odbijające się w turkusowej tafli fiordu to widok nawet z okien kuchni ich domu. Obok skrzypiący pod stopami pomost starej przetwórni rybnej – niegdyś jedynego ośrodka życia społecznego na tej wyspie. Teraz nawet najbliższy sklep spożywczy jest … na sąsiedniej wyspie a jedyna droga do niego to prom kursujący raz dziennie. Nie ma szkoły bo nie ma dzieci. Jest cisza, która tutaj naprawdę dzwoni w uszach. Uzależnia. Przyciąga. Często powraca do mnie widok z ganku przed domem. Widzę tam siebie tym razem w grubej kurtce, śniegowcach, rękawicach z jednym palcem i kubkiem kakao. Siedzę i czytam albo bazgrolę w zeszycie w linie. Towarzyszy mi radość, obok jest miłość, przestrzeń i wolność na wyciagnięcie ręki, życie przede mną 😉

Zimna Norwegia w środku upalnego lata to trochę jak zabawa w „ciepło – zimno”.
Jest coraz cieplej kiedy jesteś coraz bliżej aż w końcu czujesz, że to jest jednak ciepły kraj 😉

P.s. Oczywiście w czapce i szaliku.

P.s.2. W ciągu dwóch tygodni w Norwegii przemierzyliśmy ponad 3000 kilometrów (nasza mniej – więcej trasa na mapie powyżej). Jest wiele miejsc, które zasługują na szczególną uwagę i w które jeszcze Was zabiorę. Będę miała najlepszy pretekst do wgapiania się w zdjęcia i przywoływania wspomnień 😉

 

O bieganiu w podróży, ale nigdy podróży w biegu!

Nie wiem, który raz zaczynam pisać ten tekst 😉  Tak, ten będzie wystarczająco dobry – przecież nie musi być perfekcyjny :)

Nie jestem sportowcem, choć 15 lat temu (przez prawie 10) biegałam coś co dzisiaj nazywałoby się modnie „trailem” :)
Nie odnoszę sukcesów na innych arenach niż na własnej, a do biegania wróciłam przez kontuzję. Diagnoza: zerwane więzadło krzyżowe w lewym kolanie. Dosłownie; musiałam spaść z konia żeby wrócić na ścieżkę. Biegam w lesie, uwielbiam w górach.
Tam jest mój czas offline, jeśli go potrzebuję. A tak naprawdę, jako pracoholik zrywający z nałogiem, dopiero się tego uczę.
To mój szczyt.

Blog powstaje z odnalezionej na nowo miłości do życia, pasji do podróży i nieprzebranej chęci doświadczania smaków, zapachów i ludzi.
„O bieganiu w podróży, ale nigdy podróży w biegu” jest przenośnią. Potraktuj to szerzej. Kiedy biegasz możesz się nawet śpieszyć – jeśli oczywiście chcesz 😉 Nie śpiesz się kiedy robisz coś, co jest dla Ciebie ważne. Nie pędź z listą szczytów na kolejny szczyt. Nie odhaczaj.
Daj sobie czas na doświadczanie zaszczytu. Oddychaj.
Możesz.

Trochę więc o sztuce łapania oddechu jest ten blog bo jestem taka jak Wy. Mam marzenia, miewam obawy. Uczę się na nowo patrzeć na życie i tymi uczuciami chcę się z Wami dzielić.

Doświadczaniem przenoszenia własnych granic, radością, która temu towarzyszy (postaram się znaleźć słowa, nie będę rysować – obiecuję ;)) motywacją, ale i umiejętnością rezygnowania kiedy naprawdę trzeba.

Masz dość wyzwań na co dzień? Ale czy na pewno są Twoje, dla Ciebie? A gdyby tak… zrobić coś co naprawdę lubisz.
Gdzie leży Twój szczyt?
Sprawdzisz?

Możesz zdobywać wiele szczytów naraz, ale zdobycie każdego zaczyna się u podnóża góry.
Zwycięzcy stają na starcie!

Ruszam. Kto chce dołączyć, zapraszam :)
P.s. Mapa, którą widzicie powyżej nie jest przypadkowa. Będę oznaczać każdą podróż, każdy bieg :)

Pozdrawiam Was serdecznie!
B.

P.s.2 możecie łapać :) mnie tutaj: info@szczytzaszczytem.pl lub na profilu na Facebooku.