Kiedy rezygnujesz z marzenia świat się nie kończy. On się tam zaczyna.

mms_20141006_233023

Jeśli teraz poprosiłabym Cię, żebyś  pomyślał o zrezygnowaniu z czegoś wartego Twojej uwagi, to co by to było? Pewnie pomyślisz o wyjściu do kina, weekendzie ze znajomymi, o najbliższym treningu, koncercie, wypadzie w góry, może nawet o dodatkowej pracy. Ale gdybym dodała, że chodzi o realizację jakiegoś marzenia. Odpuściłbyś?

Ja to zrobiłam. Zrezygnowałam choć nikt mnie o to nie prosił. I mimo, że biłam się z myślami, a – „jak nie ty, to kto” dźwięczało w uszach częściej niż zwykle, wybrałam inną drogę. Zostawiłam coś, czemu poświęcałam sporo czasu, wkładałam serce, a w zamian dostawałam radość i wolność. Rozstałam się z tym marzeniem fizycznie, ale cały czas staram się być uważna na siebie w tej „stracie”. Obiecałam sobie, że jeśli zatęsknię, wrócę. Bo czasem „nie”, znaczy „nie teraz”.

Pisałam w jednym z wcześniejszych wpisów o swojej miłości do koni. O dziecięcym wyobrażeniu rozwianych włosów podczas galopu i o tym, że po latach zwlekania, przekładania i szukaniu wymówek, w końcu udało mi się poczuć ten wiatr we włosach. Pisałam wtedy, że są rzeczy ważne i ważniejsze a emocje silne i silniejsze. Że chęć realizacji marzenia zawsze silniejsza jest niż strach i ważniejsza niż niepowodzenia, których doświadczamy po drodze. I ciągle się z tym zgadzam. Przecież upadek, zerwane więzadło, wizja operacji, rehabilitacja nie odwiodły mnie od celu. One mnie zmotywowały.

Pewnie gdyby nie to, nie wiedziałabym ile radości może przynieść pierwszy stabilny krok, nie wróciłabym do biegania, a góry –  podziwiałabym ze zdjęć i co najwyżej z wysokości górskich schronisk. Nie doświadczyłabym też wielu innych wrażeń. I jednego, które sprawiło, że w jednej chwili, każdym najdrobniejszym nerwem poczułam, że najważniejszym i najsilniejszym ze wszystkich pragnień jest chęć życia.

To był mój pierwszy Hubertus. I pierwsza, długo wyczekiwana wycieczka konna poza teren stajni – w nagrodę za pracę i postępy. Mimo, że upłynęło już sporo czasu, a upolowane tego dnia lisie ogony pokrył kurz, pamiętam ten dzień dokładnie. Słoneczny poranek ostatniego dnia października. Atmosfera pracy w stajni, odświętne stroje jeźdźców, jasne czapraki, ozdobne ogłowia. Unoszący się w powietrzu zapach końskiego czyścidła i skórzanych elementów wyposażenia połyskujących w świetle słońca. Piękny dzień, idealny na spacer.

Zakładam siodło i kiedy gramolę się na grzbiet wiem, że od tego momentu w części zależę od niego, ale odpowiedzialność jest tylko moja. Wiem, że to tylko zwierzę, że ucieka w razie zagrożenia, że widzi więcej niż ja, że jest silniejsze, ale mimo tego bardziej się boi. Wiem to wszystko, ale właśnie sadowię się w siodle. Sprawdzam popręg, ostatni raz poprawiam strzemiona, klepię ją po karku. To wszak moje i jej święto. Piękny dzień, idealny na spacer.

Pamiętam leśną ścieżkę, jezioro i jej rozwianą grzywę. Czuję zapach przegniłych na wpół liści. Słyszę tętent kopyt i ciągle te słowa: „w sytuacjach zagrożenia najgorsza jest panika”. Czy wtedy spanikowałam? Nie wiem, nie pamiętam. Pamiętam za to szkolne boisko. Takie jakich wiele – dwie metalowe, białe bramki, jedna kolorowa piłka, dzieci w odblaskowych kamizelkach – szkolny mecz bez widowni. I nagle – jest gol! Ci w pomarańczowych się cieszą.

Świst siatki, w którą wpada piłka powoduje jednak poderwanie się konia. Uspokajam ją głosem, poklepuję po szyi, staram się nie spinać, żeby nie dawać jej dodatkowych bodźców. To są ułamki sekund, ale w momencie kiedy wydawało mi się, że uda się opanować tę sytuację słyszę donośny, piłkarski gwizdek. I już wiem, że się nie uda. Galop, dziki galop. „Aaaaa, to tak zachowuje się koń, który się płoszy” – to pierwsza myśl jeszcze nieświadoma zagrożenia. Ściągam wodze na siebie, zaciskam przywodziciele, zapieram się w strzemionach ile sił. Staram się zatrzymać, zwolnić za wszelką cenę. Czuję, że wędzidło nie działa, popuszczam więc wodze, żeby je uwolnić, i mimo, że chwilowo przyspiesza, potem na chwilę zwalnia, ale wiem już, że się nie zatrzyma. Zakręcić ostro nie mam gdzie – zresztą przy tej prędkości, nie mam tyle odwagi. Kolejne ułamki sekund i ta myśl – „za chwilę jest jezdnia i znak STOP”. I kolejna – „nie zatrzyma się”. I następna – „a co jeśli pojedzie autobus z jednej, albo ciężarówka z drugiej strony?”…

Z tą myślą zostaję kilka sekund, ale mija wieczność. Choć to ruchliwa droga przejeżdżał samochód – był dość daleko, zdążył wyhamować. Udało się! Ale to chwilowa radość bo gonitwa trwa. Nie czuję już rąk, ciągnę wodze tak jakbym miała jej zrobić krzywdę, ale w tej jednej chwili nie dbam o to. W mojej głowie trwa walka o życie. Wiem, że upadek przy tej prędkości, na śliskim bruku, może być kwestią czasu i mieć marne skutki więc za wszelką cenę staram się utrzymać. To nieprawda, że w takich chwilach całe życie staje przed oczami. To są kadry, krótka projekcja skojarzeń. Scena z filmu, uśmiech bliskich, jego wypowiedziane w pośpiechu zadnie: „uważaj na siebie, kocham Cię” i nagle kolejna myśl: „jeszcze kawałek, ona biegnie do stajni. Tam się zatrzyma”. I budowa ciągu przyczynowo skutkowego w jednej chwili: „skoro tak, to gdzie jest nisko – żebym zdążyła schylić głowę. Gdzie jest wąsko, żebym zmieściła się z kolanami”. Jest jeszcze zakręt do stajni pod kątem 90 stopni, czyli – kolejna myśl: „siadam na wewnętrznej stronie, na wewnętrznym strzemieniu”. Jest zakręt, udało się. Udało się! Wjechałam do stajni, zatrzymałam w boxie. Nie pamiętam by kiedykolwiek wcześniej tak trzęsły mi się nogi. Kiedy wreszcie na nich stanęłam, spojrzałam na obie z niedowierzaniem, ale i ogromną miłością. Wyszłam stamtąd. Mój świat zaczął powoli wracać do swojego dawnego rytmu. Spojrzałam w niebo. Pamiętam ten głęboki wdech od którego zakręciło mi się w głowie. Usiadłam na krawężniku. Objęłam się trzęsącymi rękoma i przyszła kolejna myśl. „Jestem szczęściarą, udało się. Może mam coś jednak, tu, do zrobienia?”. Wysłałam SMS: „wszystko OK. Kocham Cię” i nie pamiętam jak skończył się ten dzień.

Wiem jak zaczął się kolejny. Nowe życie zaczęłam pierwszego listopada. Od potwornego bólu pleców, barków i braku czucia w kilku palcach prawej dłoni. To uszkodzone nerwy – dziwne uczucie, choć już wszystko wróciło do normy. Mimo, że chciało mi się płakać i śmiać jednocześnie, milczałam. Co należy powiedzieć w takiej sytuacji? Cisza jest lepsza a zaduma w dniu Wszystkich Świętych najlepszym usprawiedliwieniem.

Nie minął tydzień i znów pojechałam do stajni. Założyłam siodło, starałam się wrócić jak gdyby nic się nie stało. Ale stało się. Zrozumiałam, że nigdy nie będę miała na nią wpływu, że moje uspokajanie jej nigdy nie będzie silniejsze niż jej strach. Że jestem zależna od jej instynktu, ale nie ma znaku równości pomiędzy jej przetrwaniem a moim życiem. Mijały tygodnie a ja zostawałam z tą myślą po każdym spotkaniu z nią. Pewnego dnia dotarło do mnie, że nie jestem uczciwa wobec siebie. Że nie zauważyłam kiedy moje marzenie się zmieniło. Stanęłam więc w obronie tej najważniejszej dla mnie wartości i kiedy po raz ostatni zsiadałam z jej grzbietu naprawdę poczułam, że nic nie muszę. Że jak nie ja… to ktoś inny. Nie boję się powiedzieć, że się boję. Największą wartością jest rodzina, jest miłość, są marzenia. Ale ponad nimi jest życie. Czasem rezygnacja z jednej drogi oznacza otwarcie innej. Dziecięce marzenia ewoluują. Jak My.
Jak Ty.

Wcześniejszy tekst przeczytasz tutaj.

Kiedy dziecięce marzenie realizuje się „kilka” lat później ;)

DSCN5986

Miłość do zwierząt wszelkiej rasy niezależnie od maści mam odkąd pamiętam. Miałam to szczęście, że wychowywałam się na wsi, w otoczeniu wiśniowego sadu, lasu i jeziora. Mimo, że w takim środowisku zwierzęta stają się naturalną częścią krajobrazu, nikt w pobliżu nigdy nie miał koni. Może więc trochę z dziecięcej przekory zawsze chciałam być blisko nich. Niemal każde wakacje z Rodzicami, niezależnie od miejsca, posiadały stały punkt programu: „jazda konna”.
Młody, już wtedy uparty 😉 człowiek potrafił wyegzekwować realizację tego planu. [jeden z „materiałów dowodowych” poniżej ;)] Motywację miałam silną i jasną dla wszystkich. Moje dzieciństwo przypadło na czasy serialu „Janka”. Pamiętacie? Ja do dziś mam przed oczami czołówkę filmu z młodą Krukówną na tle końskiej głowy. Ależ ja chciałam być jak Janka! Przewodzić jednej bandzie, walczyć z drugą, nie poddawać się i wygrywać. Jeździć na koniu jak ona. Pamiętam to marzenie bardzo dokładnie: łąka z lasem w tle, tylko on i tylko ja. Tętent kopyt, oddech z nozdrzy, rozwiana grzywa na wietrze i rozpleciony warkocz. Tyle razy to sobie wyobrażałam ile było odcinków serialu emitowanych tuż po Teleranku :)

Teleranka nie ma od dawna, warkocza brak, ale marzenie się nie zmieniało. Z zazdrością patrzyłam na tych, którzy siedzieli w siodle zamiast mnie. I niby nic nie stało na przeszkodzie by w KOŃcu spróbować, ale ciągle nie było czasu. Szkoła, praca, potem więcej pracy. Po 20 latach zdałam sobie sprawę, że brak czasu jest tylko wymówką. Wygodnym wytłumaczeniem strachu. Obawy o to, co będzie jeśli mi się spodoba, a co jeśli się nie uda? Mam przecież za dużo lat by dopiero stawiać pierwsze kroki w tak trudnej dyscyplinie, wymagającej nie tylko siły fizycznej ale i psychicznej; tak bardzo urazowej i niebezpiecznej. Co jeśli spadnę bo „wszyscy kiedyś spadają”. Milion pytań, które pozostałyby bez odpowiedzi gdybym się nie odważyła.

Dzisiaj wiem dokładnie jak wygląda rozwiana na wietrze końska grzywa i jak odczuwa się tętent kopyt podczas galopu. Wiem ile siły fizycznej trzeba włożyć w poprawne prowadzenie i jaką pracę trzeba wykonać w głowie, by móc mówić o jakimkolwiek „zgraniu z koniem”. Nie muszę się też już domyślać jak to jest spaść. Wiem co się dzieje kiedy zrywasz więzadło krzyżowe w czasie największej zajawki i jak to jest myśleć, że to już koniec. To uczucia podobne do tego, które towarzyszy nieoczekiwanemu wyłączeniu prądu. Wszystko spowalnia, robi się ciemno i cicho.

Pierwsze dni przepłakałam kuśtykając o kulach i zmieniając lodowe opatrunki. Analizowałam każdą sekundę tamtego zdarzenia zastanawiając się co mogłam zrobić lepiej. Byłam wściekła na swoją bezradność i zła, że już było „po wszystkim”. Ale, po dwóch dniach pozbyłam się kul – potrafię chodzić bez – przecież nie mam złamanej nogi, nie potrzebuję wsparcia. Takiego wsparcia. Każdego innego potrzebowałam bardzo. Mam to szczęście, że mój Brat jest fizjoterapeutą. Najlepszym :) Pomógł mięśniom z powrotem osiągnąć właściwą długość bo bardzo szybko się przykurczyły. Pamiętam jak namawiał mnie na rekonstrukcję. Dziś już śmiejemy się z jego słów: „Siora, nie ma się co oszukiwać, jesteś sportowym fajansem więc działamy z rekonstrukcją bo nie wierzę, że się ruszysz”. Nie ma jak motywacja Brata, zwłaszcza gdy Cię wkurzy. Zaczynałam więc od ćwiczeń stabilizacyjnych z piłką i gumą przyczepianą do klamki od drzwi. Potem rowerek stacjonarny, na którym codziennie wieczorem pokonywałam pierwsze kilometry. Podczas tych wypadów nie bardzo zmieniał się krajobraz więc dość szybko przeniosłam się do lasu. Najpierw coraz szybsze spacery połączone z obserwacją kolana. Co dzieje się na wzniesieniu a co po niekontrolowanym nadepnięciu na wystający korzeń. Pamiętam jeden z takich spacerów, kiedy pod wpływem impulsu zdecydowałam się kawałek podbiec. I co? I nic. Nic się nie stało! Zaczęłam więc kombinować – może to już? Może spróbuję? Pamiętam pierwsze przebiegnięte 4 kilometry w 30 minut i jeden ze spacerów z Narzeczonym, który próbował się przekonać jak to jest z tym moim bieganiem. Pewnie trochę nie dowierzał więc ostatnie 2 kilometry przebiegliśmy w tempie 5.45/km. Nie zapomnę jego miny kiedy mówił, że zmienia swoje najbliższe treningowe plany i będzie biegał ze mną. I do dzisiaj to robi :) a ja uwielbiam tę pierwszą, po 15 latach przerwy od biegania, pętle w lesie. [Jego też uwielbiam 😉 ]

Miesiąc po wypadku usiadłam z powrotem w siodle. Bałam się, ale chęć doświadczania jest silniejsza niż strach. Wbrew jeździeckim regułom, wsiadałam z prawej strony nie doprowadzając do zbytnich przeciążeń uszkodzonego kolana. Ale ten jeden raz „na próbę” wystarczył by poczuć, że jestem w stanie wykonać każdą pracę by być tam częściej. Ćwiczyłam więc by wzmocnić mięśnie, biegałam, chodziłam na basen. Przekonałam się jak ważni są dobrzy i mądrzy ludzie wokół. Mam to szczęście, że trafiłam do dwóch najlepszych trenerów. Jeden, w poniedziałki, środy i piątki, dodaje siły moim mięśniom, w pionie utrzymuje stabilizację i za każdym razem dostosowuje trening do moich możliwości i celów. Drugi to niesamowita kobieta, która dała mi szansę na realizację dziecięcego marzenia. Zbudowała mnie w głowie od nowa. Wykonała ogromną pracę, krok po kroku oswajając mój strach przed ponownym upadkiem. To dzięki niej, we wtorki, czwartki i soboty mogę widzieć tę rozwianą na wietrze grzywę. Oczywiście strach nigdy nie znika, ale jest inny. Nie paraliżuje, ale potęguje uwagę: zwierzę uciekające może chcieć uciec, nawet jeśli tę 500kg masę przestraszy 1 (jeden) mały wróbel. Zwłaszcza wtedy 😉

Mija pół roku odkąd jestem nieposiadaczem więzadła krzyżowego i czasem się zastanawiam czy naprawdę trzeba uciekać się do takich metod jak upadki z konia, żeby zacząć zmieniać swoje życie. Musiałam chyba zlekceważyć zbyt wiele znaków po drodze bo nie wierzę, że to jedyny sposób 😉 Można nie wychodzić z pracy, ale można też wychodzić i wracać rano. Czasu pomiędzy wystarcza na ćwiczenia, bieganie – czasem jakiś ultra 😉 jazdę konną, wypady w góry i inne. Wiem, że czytając to myślisz: „Nie, nie ja. Ja naprawdę nie mam czasu”. Znam to przecież. Te myśli też pamiętam. Ale gdyby tak wyznaczyć sobie mały cel? Maleńki – taki tyci, tyci. Że np. raz w tygodniu wychodzisz z pracy o normalnej porze i robisz coś dla siebie. Spróbuj od małej rzeczy. Nie twórz „strategii poprawy jakości życia” bo na to na pewno znów nie znajdziesz czasu. Miej planuj więcej działaj. Przecież wiesz co sprawia Ci przyjemność. Może masz niezrealizowane marzenie z dzieciństwa? A gdyby tak sprawdzić ten szczyt? Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela – każdy dzień będzie dobry, żeby zacząć. Podejdź pod tę górę. Zwycięzcy stają na starcie.