Biegam bez słuchawek – lubię mieć las w 5D :)

Zrzut ekranu 2016-01-30 o 18.43.34

Niedługo minie rok od czasu, kiedy trochę przypadkiem, wróciłam na sportową ścieżkę. Do dzisiaj pamiętam swój pierwszy nieśmiały podbieg kilka tygodni po zerwanym więzadle krzyżowym – miałam przygotować mięśnie do operacji rekonstrukcji tego brakującego ogniwa 😉 Chciałam przecież na powrót usiąść w siodle. Taki był cel.

Zabawne, kiedy środek do celu staje celem samym w sobie, a poprzedni cel marzeniem w przykrótkich nogawkach. Niby fajnie – to ciągle te same ulubione wytarte sztruksy, ale coś zaczyna uwierać. Uwiera dotąd, dokąd nie otworzysz się na nowe. Nie siadam już w siodle – choć czasem zajrzę jeszcze do stajni. Nie zmieniła się moja miłość do koni, ale dziś już tylko podziwiam je za wolność. Ich wolność. Tak silną, że chyba nie mam prawa jej ograniczać sobą.

Swoją wolność znalazłam gdzieś indziej. W górach, na ścieżce w lesie, w parku. Ta nowa, zamiast czterech kopyt ma dwa buty na własnych nogach. Jaką przeszłam drogę by to zrozumieć zdałam sobie sprawę wczoraj rano – biegając przed pracą. Wyszłam do pobliskiego lasku przed 8.00. Nie było śladu po śniegu i żadnego innego śladu, bo park o tej godzinie jest pusty.

Cicho, pusto, błotniście i morko – topniejący śnieg zmienił się w głębokie kałuże z lodową podstawą – piekielnie śliską. Warunki na trening trudne, ale idealne na trening z uważności. Chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do odgłosów pustego lasu przy spadających po resztkach liści kroplach deszczu. Kiedy robią to szybko, masz wrażenie, że ktoś za Tobą biegnie – dziwne uczucie, ale szybko się przyzwyczajam. Nowy zapach – trochę jakby wiosna, ale jeszcze nie. Wilgoć – czuję ją w powietrzu, widzę nawet na zegarku kiedy od czasu do czasu spoglądam – przecież przyszłam zrobić trening! :)

Biegnę. Trening nie jest łatwy, ale go lubię: 20 minut rozgrzewka, 10 minut w tempie, 5 minut trucht, 10 minut w tempie i 5 trucht. Kiedy biegnę pierwszą 10’ zza zakrętu wpadam nagle na lód, włączam wsteczny i sama się śmieję – dobrze, że nikt tego nie widział bo Myszka Mickey to przy mnie chyba mały Pikuś. Śmieję w głos – przecież nikt nie słyszy – a jeśli nawet, to co. Biegnę dalej, ale z jeszcze większą uwagą. Pamiętam przecież, że brakujące ogniwo jest brakujące wciąż 😉

Dobiegam do końca czasu – uff, zmęczyłam się więc jestem zadowolona. 5 minut z nogi na nogę poświęcam na uspokojenie oddechu. Głęboki wdech razem z zapachem „jeszcze nie wiosny” i wydech. Spoglądam w niebo i jednocześnie wpadam w błoto – i cieszę się jak dziecko. Ciągle jeszcze potrafię. Na kolejną dychę przenoszę się na inną „pętlę” – może będzie mniej lodu. I jest. Tylko w pewnym momencie dobiegam do jeziora. Nie było go to wcześniej. Jak okiem sięgnąć od lewej do prawej woda. Ani jej przeskoczyć, ani obejść. Nie zastanawiam się długo – na przełaj!

Woda zimna – lodowata wręcz – i po kostki. Pod spodem też jest lód, więc to raczej przeprawa niż niepostrzeżone „przemknięcie na paluszkach”, ale fajnie chlupoce i błoto się zmyło 😉 W stopy zimno jest tylko przez chwilę bo momentalnie dociera do nich ciepło z pozostałych części ciała. Fajne uczucie i samo się dzieje. Dobiegam do końca czasu i wydłużam o 10’ czas truchtu – nie chce mi się wracać. Spóźnię się do pracy, ale nadrobię. Po dobrym treningu chce się wszystkiego bardziej. Zmysły wyostrzone potrafią docenić nawet (zwłaszcza!) smak czystej wody.

Weszliśmy na Gerlach! Szczęśliwi popatrzyliśmy na świat z poziomu 2655 m n. p. m.

GOPR7837

– Zaliczyliście Gerlach? – czasem tak brzmiało pytanie po naszym powrocie z Tatr.
– Nie, nie zaliczyliśmy – odpowiadamy. Dlaczego? Bo „odhaczanie” spełnionych marzeń nie pozostawia przestrzeni na radość, celebrowanie minionych chwil, przeżywanie. Każe się spieszyć po kolejny punkt na liście. Skraca i przede wszystkim spłyca pokonaną drogę. A my nie ścigamy się czasem ani z nikim innym. Nie pędzimy po następne „zaliczenie” bo nie mamy szczególnej listy celów – ot, raptem J kilka marzeń. To one są dla nas początkiem drogi. Motywacją, która pcha do przodu, ale nigdy nie goni. Najpiękniejszym marzeniem jest przecież to, któremu pozwala się dojrzewać wraz z sobą.

Od dawna marzyłam by w końcu pojechać w wysokie góry i połazić jak za starych, studenckich jeszcze czasów. Bardzo chciałam odwiedzić stare ścieżki: Dolinę Strążyską i Ścieżkę pod reglami, Halę Gąsienicową , Dolinę Chochołowską, Sarnią skałę, może Giewont – układałam plan w głowie i na mapie. Góromaniacy mieszkający na nizinach liczą czas od jednego do drugiego wyjazdu w góry :) więc kiedy w połowie listopada pojawił się długi weekend wiedzieliśmy, że właśnie zaczynamy odliczać dni.

Dwa tygodnie przed wyjazdem obserwowaliśmy pogodę. Prognozy na połowę listopada wskazywały utrzymującą się zimową aurę, a śnieg, który spadł w Tatrach jeszcze w październiku miał otrzymać nową warstwę świeżego puchu. Mieliśmy więc od wyboru – zabrać deski snowboardowe 😉 albo zmodyfikować plan.

Skontaktowaliśmy się z Grzegorzem Bargielem, międzynarodowym przewodnikiem wysokogórskim IVBV/ UIAGM. Wiedzieliśmy, że jeśli w takich warunkach mamy iść w góry to tylko z nim. Kilka telefonicznych konsultacji co do potrzebnego sprzętu, ubioru i prawie nieprzespana noc poprzedzająca dzień wyjazdu- reisefieber nie przechodzi z wiekiem :)

To co, chcecie iść na Gerlach?
Na Gerlach wchodziliśmy drugiego dnia naszego pobytu w Zakopanem. Dokładnie pamiętam pytanie Grzegorza o cel tej wyprawy. Schodziliśmy wtedy z Mnicha podekscytowani, szczęśliwi, ale skupieni. – „To co, chcecie iść na Gerlach” – rzucone nagle tak naturalnie, jakby dotyczyło wyboru płatków czy jajecznicy na śniadanie. Oczywiście, że pojawienie się przewodnika wysokogórskiego budzi chęć podkręcenia planu. Po cichu nawet marzyliśmy o królu Karpat, ale nie chcieliśmy by ta góra przysłoniła nam prawdziwy cel podróży. Nie przyjechaliśmy tam przecież dla niej tylko dla siebie.

Czy się bałam? Jasne. Też. Ale więcej było podekscytowania i góra radości na samą myśl o prowadzącej drodze na szczyt. -„Pamiętaj idziemy z najlepszym przewodnikiem, trzeba mu zaufać i słuchać poleceń, on wie co robi” – przypomniałam sobie słowa, które przed wyjazdem słyszałam dość często 😉 I rzeczywiście wszystko w tym zdaniu jest prawdą. Rzadko, naprawdę rzadko spotyka się tak profesjonalnych w swojej pracy ludzi. Chciałabym mieć 15% opanowania Grzegorza i chociaż 10% jego spokoju.

Gerlach w zasięgu!!!
Chyba dopiero kiedy ustawiałam budzik na 4.00 dotarło do mnie, że rano ten sen będzie się dalej śnił. Mimo, że spałam słabo i krótko wstałam wraz z pierwszym dzwonkiem budzika. Obyło się nawet bez mruczenia wyzwisk pod jego adresem, a proces mojej porannej aktywacji skrócił się przynajmniej o 20 minut. Wychodząc w góry przecież nie ma wątpliwości w co się ubrać i jakie buty włożyć 😉 :)

Podróż z Zakopanego na Słowację zajęła nam około godziny. Im bliżej byliśmy celu tym niebo stawało się mniej granatowe. Kiedy dotarliśmy do Domu Śląskiego – początku drogi na Gerlach na naszych oczach rozpoczynał się spektakl. Wschód słońca o tej porze roku robi niesamowite wrażenie. Nie sposób opisać ferii barw na horyzoncie. O 6.30 po raz pierwszy zaparło nam dech.

Atakujemy szczyt
Wyruszyliśmy w górę przez tzw. Wielicką Próbę. Na Gerlach nie ma wytyczonego szlaku, a trasa jest trudna technicznie, ze sporą ekspozycją ścieżek. Jest wiele niebezpiecznych momentów ze sporymi urwiskami skalnymi, które można bezpiecznie obejść znając drogę. By wejść na szczyt, poza znajomością drogi i specjalistycznym sprzętem potrzebne jest też zezwolenie słowackiego parku narodowego. Nie ma więc innej możliwości na bezpieczne i legalne wejście na Gerlach niż z asekuracją przewodnika wysokogórskiego UIAGM. Grzegorz poprowadził nas w górę i dół jak po sznurku, czy raczej linie, którą byliśmy związani już od pierwszych, trudniejszych momentów. Szedł pierwszy, czasem podpowiadając w którym miejscu stawiać stopy, a czasem – na trudniejszych etapach, pokazywał całą strategię :) na pokonanie odcinka. Od momentu spięcia liną jedyną obowiązującą jednostką czasu jest „tu i teraz”.

Każda droga, czy wejście na szczyt – choć męczące fizycznie przynosi spokój i daje wytchnienie od codziennych spraw. Kiedy wychodzę w góry nie ma siły, która mogłaby skierować moje myśli na inne tory niż szlak, którym idę. Tym razem jednak, wrzucając telefon do plecaka zapomniałam wyciszyć dźwięki. Kiedy więc zadzwonił w pierwszych ułamkach sekund nie wiedziałam co się dzieje. Nie rozpoznałam dźwięku, którego nie zmieniałam przez ostatni rok. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to telefon. Że mój i, że dzwoni. Dziwne wrażenie – podobne do tego, kiedy budzisz się ze snu w najlepszym momencie i chcesz jak najszybciej zasnąć by śnił się dalej. Całe szczęście w tym przypadku jest to całkowicie możliwe.

Szczęśliwie zmęczeni czasu nie liczą
Ile zajęło nam wejście na szczyt? Nie wiem. Kilka godzin. Szczęśliwie zmęczeni czasu nie liczą :) Wrażenia ze szczytu? Radość i szczęście, przestrzeń i wolność, zachwyt. Błękit nieba, blask słońca, które w listopadzie nie zdarza się co dzień. Serce bije szybciej, ale nie wiadomo czy ze zmęczenia, euforii, czy strachu przed przepaściami tuż obok. Staję na wierzchołku, patrzę w turkusowe oko gerlachowskiego krzyża. Jestem na najwyższym szczycie Karpat – 2655 m n.p.m. Uśmiecham się. Cieszę. I tylko nie skaczę z radości 😉

Powietrze robi się jednak coraz zimniejsze a wiatr wzmaga na sile. Trzeba schodzić w dół. Jeszcze klika pamiątkowych fotek, łyk ciepłej herbaty z termosu i wracamy. Schodzimy przez tzw. Batyżowiecką próbę. To najtrudniejszy odcinek podczas drogi w dół. Sporo ekspozycji, luźnych kamieni i stalowych, pionowych schodków wmontowanych w skały. Często, żeby móc stanąć na stopniu niżej musimy maksymalnie wyciągnąć ręce by złapać stopnień wyżej. Przewodnik idzie ostatni, asekuruje nas w trudniejszych momentach, których liczba zwiększa się wraz ze wzrostem nachylenia zbocza. Wykorzystujemy punkty asekuracyjne wbite w skały, czasem zjeżdżamy po linie. Są miejsca, kiedy idziemy po śniegu, uważnie omijając szkliste, lodowe odcinki a czasem zatrzymujemy się na chwilę.

Każdy postój na uspokojenie oddechu wykorzystujemy na zatrzymanie obrazów. Rejestrujemy te wszystkie stopklatki z uwagą. Stopniowo schodząc w dół sprowadzamy nasze „tu i teraz” do wspomnienia. Kiedy na wysokości Batyżowieckiego stawu jest na tyle bezpiecznie, że zdejmujemy uprząż, a kaski chowamy do plecaka, zaczynamy powoli tęsknić. Przedłużamy więc czas wyprawy pozwalając sobie na chwilę relaksu nad wodą. Jest tak ciepło, że rozkładamy kurtki na ziemi jak koce i leżymy gapiąc się w niebo.

Ile czasu byliśmy w górach? Nie wiem. Bo czy można zmierzyć czas trwania „tu i teraz”? Nasza historia z Gerlachem w tle staje się wspomnieniem, opowieścią o radości, przestrzeni, sile woli i szczęściu. Nie zaczyna się od „zaliczyliśmy Gerlach” bo zrobiliśmy wiele więcej. Przekonaliśmy się, że rzeczywiście czasem wraz z marzeniem dostajemy siłę na jego realizację. Jeśli przychodzi właściwy czas, znajdujemy się we właściwym miejscu, z właściwymi ludźmi. Nawet pogoda właściwie jest wymarzona. Lato w listopadzie w wysokich Tatrach nie zdarza się często a nam się zdarzyło. Śnieg zaczął prószyć kiedy kładliśmy się spać.

PS. O naszej wyprawie w Tatry przeczytacie również tutaj.

PS2. Relacja z wyprawy na Mnicha się pisze 😉

 

 

Spod samiuśkich Tater – pikne lato w listopadzie! Hej! :)

DSCN8117 (1)

Kocham góry. Być może dlatego, że do nieba stamtąd jest najbliżej. Być może dlatego, że jako jedne z nielicznych – były, są i będą. Uwielbiam je za ich siłę, wolność jaką dają i przestrzeń. Kocham również za to, że to tutaj  lubię siebie najbardziej.

Zwykle zaczyna się już od spakowania górskich butów – pojawia się pierwszy uśmiech na samą myśl, że „będzie chodzone” :) Potem długa droga podczas której wygłupów nie ma końca. Śpiewam, chociaż normalnie tego nie robię i nie chcielibyście usłyszeć jak 😉 tańczę na fotelu, skaczę na stacji benzynowej. Nieważne, że ludzie się gapią. Nieważne, że tym razem wciąż walczę z katarem, a leki zwalczające wirusy powinny skutecznie ostudzić moje zapędy. Nic z tego. Przypominam dziecko, które wie, że za chwilę będzie na placu zabaw. Obowiązuje zasada: „nie mam siły, żeby iść, ale mam siłę, żeby biec” :)

I pewnie niewielu zrozumie siłę, która sprawia, że w wolny weekend zamiast kłaść się spać nad ranem, wstajesz w nocy. Budzik ustawiony na 4.00 dzwoni tylko raz. Nie pamiętasz wymówki: „już wstaję, jeszcze tylko jedna drzemka”. Nie człapiesz do łazienki a prawie wbiegasz z pieśnią na ustach i szczerzysz zęby do swojego odbicia w lustrze. Ahhh, zapomniałam – jesteś typem sowy? Naprawdę???

Też tak myślałam. Do czasu takich widoków ja ten. Kto z Was w takim momencie użyje przycisku „drzemka”?

I tak jak przecież we wczesnym wstawaniu nie chodzi o to, żeby nie spać, tak w chodzeniu po górach nie chodzi wyłącznie o zdobywanie szczytów. Najważniejsze jest doświadczanie. Tu i teraz. Przeżywanie, czucie, bycie. Poznawanie siebie – zawsze bardziej w formie obserwacji niż sprawdzania. Zamiast „ciekawe czy dam radę tam wejść” wybieram „ciekawe czego będę doświadczać podczas tej podróży”. To podejście zakłada, że każdy możliwy scenariusz będzie dobry. Nie ma presji.

Za każdym razem wychodzę więc w góry skupiona, ale maksymalnie otwarta na doświadczanie. Chłonę wszystko łapczywie – bardziej niż pierwszą kawę o 5 rano. Przestrzeń, wolność, radość unoszą się w powietrzu. Wystarczy wyciągnąć rękę, spojrzeć ku górze, wsłuchać się w ciszę. Kurtka chroniąca przez deszczem i wiatrem przepuszcza tylko szczęście.

Spędziliśmy w Tatrach cudowne 4 dni, których rytm wyznaczały góry. Poznaliśmy ciekawych świata ludzi, odwiedziliśmy przytulne i przyjazne miejsca, w których jedliśmy, odpoczywaliśmy i dzieliliśmy się wrażeniami. Wdrapaliśmy się na do tej pory niedostępne dla nas szczyty, zrobiliśmy setki zdjęć chcąc zatrzymać jak więcej chwil. Okazało się, że „tu i teraz” wcale nie jest dla nas za ciasne, a o tym co „potem i tam” potrafimy milczeć.
————————————————————————————————————————————————————————————-

W Tatry Wysokie prowadził i sprowadzał nas w dół :) Grzegorz Bargiel, międzynarodowy przewodnik IVBV. Więcej o wejściach na Mnicha i Gerlach napiszę w osobnych postach, ale gdybyście zastanawiali się z kim iść w górę polecamy kontakt z Grzegorzem – choć może nie za częsty, żeby i dla nas znalazł jeszcze kiedyś chwilę 😉 :)

Jeśli szukalibyście noclegu – polecamy adres VILLA 11 folk & design. Niesamowicie klimatyczne miejsce z absolutnie przemiłą obsługą, która robiła wszystko byśmy wychodząc w góry przed 5.00 mieli przynajmniej spakowane śniadanie i owoce. (I nikt z nich nawet nie domyślał się, że po przyjeździe będę chciała napisać ten tekst).

(fot. Villa 11)

Na ogół jedliśmy w Dobra Kasza Nasza, którą jakiś czas temu odwiedziła M. Gessler. Poza kaszą w wariantach, których nawet nie jesteśmy w stanie policzyć zjecie też placki ziemniaczane, kwaśnicę i żeberka (oczywiście z kaszą) :) Warto wpaść i spróbować kaszy z pieca.

Wieczór zaczynaliśmy (i nie chcieliśmy kończyć 😉 ) w STRH Cafe & Gallery. Ten uroczy strych już od progu kusi spokojem i przyciąga ciepłem. To tutaj najczęściej odpoczywaliśmy i zamawialiśmy na wynos zielone koktajle na szybkie śniadanie- smakują wyśmienicie nawet (zwłaszcza!?) o 4 rano. A na kolację zajadaliśmy się pysznym tortem daktylowym z masą krówkową (moim ulubionym) albo marchewkowcem z lodami. Koniecznie spróbujcie też polskiego, ekologicznego wina np. z aronii.

(fot. STRH)

Cudowne dni kiedy udaje się zatrzymać czas, zawsze są zbyt krótkie. Zwłaszcza kiedy pełen wrażeń dzień zaczyna się nocą.
I nawet jeśli to był tylko sen, niech się śni.

 

 

O bieganiu w podróży, ale nigdy podróży w biegu!

Nie wiem, który raz zaczynam pisać ten tekst 😉  Tak, ten będzie wystarczająco dobry – przecież nie musi być perfekcyjny :)

Nie jestem sportowcem, choć 15 lat temu (przez prawie 10) biegałam coś co dzisiaj nazywałoby się modnie „trailem” :)
Nie odnoszę sukcesów na innych arenach niż na własnej, a do biegania wróciłam przez kontuzję. Diagnoza: zerwane więzadło krzyżowe w lewym kolanie. Dosłownie; musiałam spaść z konia żeby wrócić na ścieżkę. Biegam w lesie, uwielbiam w górach.
Tam jest mój czas offline, jeśli go potrzebuję. A tak naprawdę, jako pracoholik zrywający z nałogiem, dopiero się tego uczę.
To mój szczyt.

Blog powstaje z odnalezionej na nowo miłości do życia, pasji do podróży i nieprzebranej chęci doświadczania smaków, zapachów i ludzi.
„O bieganiu w podróży, ale nigdy podróży w biegu” jest przenośnią. Potraktuj to szerzej. Kiedy biegasz możesz się nawet śpieszyć – jeśli oczywiście chcesz 😉 Nie śpiesz się kiedy robisz coś, co jest dla Ciebie ważne. Nie pędź z listą szczytów na kolejny szczyt. Nie odhaczaj.
Daj sobie czas na doświadczanie zaszczytu. Oddychaj.
Możesz.

Trochę więc o sztuce łapania oddechu jest ten blog bo jestem taka jak Wy. Mam marzenia, miewam obawy. Uczę się na nowo patrzeć na życie i tymi uczuciami chcę się z Wami dzielić.

Doświadczaniem przenoszenia własnych granic, radością, która temu towarzyszy (postaram się znaleźć słowa, nie będę rysować – obiecuję ;)) motywacją, ale i umiejętnością rezygnowania kiedy naprawdę trzeba.

Masz dość wyzwań na co dzień? Ale czy na pewno są Twoje, dla Ciebie? A gdyby tak… zrobić coś co naprawdę lubisz.
Gdzie leży Twój szczyt?
Sprawdzisz?

Możesz zdobywać wiele szczytów naraz, ale zdobycie każdego zaczyna się u podnóża góry.
Zwycięzcy stają na starcie!

Ruszam. Kto chce dołączyć, zapraszam :)
P.s. Mapa, którą widzicie powyżej nie jest przypadkowa. Będę oznaczać każdą podróż, każdy bieg :)

Pozdrawiam Was serdecznie!
B.

P.s.2 możecie łapać :) mnie tutaj: info@szczytzaszczytem.pl lub na profilu na Facebooku.