Kiedy dziecięce marzenie realizuje się „kilka” lat później ;)

Miłość do zwierząt wszelkiej rasy niezależnie od maści mam odkąd pamiętam. Miałam to szczęście, że wychowywałam się na wsi, w otoczeniu wiśniowego sadu, lasu i jeziora. Mimo, że w takim środowisku zwierzęta stają się naturalną częścią krajobrazu, nikt w pobliżu nigdy nie miał koni. Może więc trochę z dziecięcej przekory zawsze chciałam być blisko nich. Niemal każde wakacje z Rodzicami, niezależnie od miejsca, posiadały stały punkt programu: „jazda konna”.
Młody, już wtedy uparty 😉 człowiek potrafił wyegzekwować realizację tego planu. [jeden z „materiałów dowodowych” poniżej ;)] Motywację miałam silną i jasną dla wszystkich. Moje dzieciństwo przypadło na czasy serialu „Janka”. Pamiętacie? Ja do dziś mam przed oczami czołówkę filmu z młodą Krukówną na tle końskiej głowy. Ależ ja chciałam być jak Janka! Przewodzić jednej bandzie, walczyć z drugą, nie poddawać się i wygrywać. Jeździć na koniu jak ona. Pamiętam to marzenie bardzo dokładnie: łąka z lasem w tle, tylko on i tylko ja. Tętent kopyt, oddech z nozdrzy, rozwiana grzywa na wietrze i rozpleciony warkocz. Tyle razy to sobie wyobrażałam ile było odcinków serialu emitowanych tuż po Teleranku :)

Teleranka nie ma od dawna, warkocza brak, ale marzenie się nie zmieniało. Z zazdrością patrzyłam na tych, którzy siedzieli w siodle zamiast mnie. I niby nic nie stało na przeszkodzie by w KOŃcu spróbować, ale ciągle nie było czasu. Szkoła, praca, potem więcej pracy. Po 20 latach zdałam sobie sprawę, że brak czasu jest tylko wymówką. Wygodnym wytłumaczeniem strachu. Obawy o to, co będzie jeśli mi się spodoba, a co jeśli się nie uda? Mam przecież za dużo lat by dopiero stawiać pierwsze kroki w tak trudnej dyscyplinie, wymagającej nie tylko siły fizycznej ale i psychicznej; tak bardzo urazowej i niebezpiecznej. Co jeśli spadnę bo „wszyscy kiedyś spadają”. Milion pytań, które pozostałyby bez odpowiedzi gdybym się nie odważyła.

Dzisiaj wiem dokładnie jak wygląda rozwiana na wietrze końska grzywa i jak odczuwa się tętent kopyt podczas galopu. Wiem ile siły fizycznej trzeba włożyć w poprawne prowadzenie i jaką pracę trzeba wykonać w głowie, by móc mówić o jakimkolwiek „zgraniu z koniem”. Nie muszę się też już domyślać jak to jest spaść. Wiem co się dzieje kiedy zrywasz więzadło krzyżowe w czasie największej zajawki i jak to jest myśleć, że to już koniec. To uczucia podobne do tego, które towarzyszy nieoczekiwanemu wyłączeniu prądu. Wszystko spowalnia, robi się ciemno i cicho.

Pierwsze dni przepłakałam kuśtykając o kulach i zmieniając lodowe opatrunki. Analizowałam każdą sekundę tamtego zdarzenia zastanawiając się co mogłam zrobić lepiej. Byłam wściekła na swoją bezradność i zła, że już było „po wszystkim”. Ale, po dwóch dniach pozbyłam się kul – potrafię chodzić bez – przecież nie mam złamanej nogi, nie potrzebuję wsparcia. Takiego wsparcia. Każdego innego potrzebowałam bardzo. Mam to szczęście, że mój Brat jest fizjoterapeutą. Najlepszym :) Pomógł mięśniom z powrotem osiągnąć właściwą długość bo bardzo szybko się przykurczyły. Pamiętam jak namawiał mnie na rekonstrukcję. Dziś już śmiejemy się z jego słów: „Siora, nie ma się co oszukiwać, jesteś sportowym fajansem więc działamy z rekonstrukcją bo nie wierzę, że się ruszysz”. Nie ma jak motywacja Brata, zwłaszcza gdy Cię wkurzy. Zaczynałam więc od ćwiczeń stabilizacyjnych z piłką i gumą przyczepianą do klamki od drzwi. Potem rowerek stacjonarny, na którym codziennie wieczorem pokonywałam pierwsze kilometry. Podczas tych wypadów nie bardzo zmieniał się krajobraz więc dość szybko przeniosłam się do lasu. Najpierw coraz szybsze spacery połączone z obserwacją kolana. Co dzieje się na wzniesieniu a co po niekontrolowanym nadepnięciu na wystający korzeń. Pamiętam jeden z takich spacerów, kiedy pod wpływem impulsu zdecydowałam się kawałek podbiec. I co? I nic. Nic się nie stało! Zaczęłam więc kombinować – może to już? Może spróbuję? Pamiętam pierwsze przebiegnięte 4 kilometry w 30 minut i jeden ze spacerów z Narzeczonym, który próbował się przekonać jak to jest z tym moim bieganiem. Pewnie trochę nie dowierzał więc ostatnie 2 kilometry przebiegliśmy w tempie 5.45/km. Nie zapomnę jego miny kiedy mówił, że zmienia swoje najbliższe treningowe plany i będzie biegał ze mną. I do dzisiaj to robi :) a ja uwielbiam tę pierwszą, po 15 latach przerwy od biegania, pętle w lesie. [Jego też uwielbiam 😉 ]

Miesiąc po wypadku usiadłam z powrotem w siodle. Bałam się, ale chęć doświadczania jest silniejsza niż strach. Wbrew jeździeckim regułom, wsiadałam z prawej strony nie doprowadzając do zbytnich przeciążeń uszkodzonego kolana. Ale ten jeden raz „na próbę” wystarczył by poczuć, że jestem w stanie wykonać każdą pracę by być tam częściej. Ćwiczyłam więc by wzmocnić mięśnie, biegałam, chodziłam na basen. Przekonałam się jak ważni są dobrzy i mądrzy ludzie wokół. Mam to szczęście, że trafiłam do dwóch najlepszych trenerów. Jeden, w poniedziałki, środy i piątki, dodaje siły moim mięśniom, w pionie utrzymuje stabilizację i za każdym razem dostosowuje trening do moich możliwości i celów. Drugi to niesamowita kobieta, która dała mi szansę na realizację dziecięcego marzenia. Zbudowała mnie w głowie od nowa. Wykonała ogromną pracę, krok po kroku oswajając mój strach przed ponownym upadkiem. To dzięki niej, we wtorki, czwartki i soboty mogę widzieć tę rozwianą na wietrze grzywę. Oczywiście strach nigdy nie znika, ale jest inny. Nie paraliżuje, ale potęguje uwagę: zwierzę uciekające może chcieć uciec, nawet jeśli tę 500kg masę przestraszy 1 (jeden) mały wróbel. Zwłaszcza wtedy 😉

Mija pół roku odkąd jestem nieposiadaczem więzadła krzyżowego i czasem się zastanawiam czy naprawdę trzeba uciekać się do takich metod jak upadki z konia, żeby zacząć zmieniać swoje życie. Musiałam chyba zlekceważyć zbyt wiele znaków po drodze bo nie wierzę, że to jedyny sposób 😉 Można nie wychodzić z pracy, ale można też wychodzić i wracać rano. Czasu pomiędzy wystarcza na ćwiczenia, bieganie – czasem jakiś ultra 😉 jazdę konną, wypady w góry i inne. Wiem, że czytając to myślisz: „Nie, nie ja. Ja naprawdę nie mam czasu”. Znam to przecież. Te myśli też pamiętam. Ale gdyby tak wyznaczyć sobie mały cel? Maleńki – taki tyci, tyci. Że np. raz w tygodniu wychodzisz z pracy o normalnej porze i robisz coś dla siebie. Spróbuj od małej rzeczy. Nie twórz „strategii poprawy jakości życia” bo na to na pewno znów nie znajdziesz czasu. Miej planuj więcej działaj. Przecież wiesz co sprawia Ci przyjemność. Może masz niezrealizowane marzenie z dzieciństwa? A gdyby tak sprawdzić ten szczyt? Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela – każdy dzień będzie dobry, żeby zacząć. Podejdź pod tę górę. Zwycięzcy stają na starcie.

One comment on “Kiedy dziecięce marzenie realizuje się „kilka” lat później ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *