Kiedy rezygnujesz z marzenia świat się nie kończy. On się tam zaczyna.

Jeśli teraz poprosiłabym Cię, żebyś  pomyślał o zrezygnowaniu z czegoś wartego Twojej uwagi, to co by to było? Pewnie pomyślisz o wyjściu do kina, weekendzie ze znajomymi, o najbliższym treningu, koncercie, wypadzie w góry, może nawet o dodatkowej pracy. Ale gdybym dodała, że chodzi o realizację jakiegoś marzenia. Odpuściłbyś?

Ja to zrobiłam. Zrezygnowałam choć nikt mnie o to nie prosił. I mimo, że biłam się z myślami, a – „jak nie ty, to kto” dźwięczało w uszach częściej niż zwykle, wybrałam inną drogę. Zostawiłam coś, czemu poświęcałam sporo czasu, wkładałam serce, a w zamian dostawałam radość i wolność. Rozstałam się z tym marzeniem fizycznie, ale cały czas staram się być uważna na siebie w tej „stracie”. Obiecałam sobie, że jeśli zatęsknię, wrócę. Bo czasem „nie”, znaczy „nie teraz”.

Pisałam w jednym z wcześniejszych wpisów o swojej miłości do koni. O dziecięcym wyobrażeniu rozwianych włosów podczas galopu i o tym, że po latach zwlekania, przekładania i szukaniu wymówek, w końcu udało mi się poczuć ten wiatr we włosach. Pisałam wtedy, że są rzeczy ważne i ważniejsze a emocje silne i silniejsze. Że chęć realizacji marzenia zawsze silniejsza jest niż strach i ważniejsza niż niepowodzenia, których doświadczamy po drodze. I ciągle się z tym zgadzam. Przecież upadek, zerwane więzadło, wizja operacji, rehabilitacja nie odwiodły mnie od celu. One mnie zmotywowały.

Pewnie gdyby nie to, nie wiedziałabym ile radości może przynieść pierwszy stabilny krok, nie wróciłabym do biegania, a góry –  podziwiałabym ze zdjęć i co najwyżej z wysokości górskich schronisk. Nie doświadczyłabym też wielu innych wrażeń. I jednego, które sprawiło, że w jednej chwili, każdym najdrobniejszym nerwem poczułam, że najważniejszym i najsilniejszym ze wszystkich pragnień jest chęć życia.

To był mój pierwszy Hubertus. I pierwsza, długo wyczekiwana wycieczka konna poza teren stajni – w nagrodę za pracę i postępy. Mimo, że upłynęło już sporo czasu, a upolowane tego dnia lisie ogony pokrył kurz, pamiętam ten dzień dokładnie. Słoneczny poranek ostatniego dnia października. Atmosfera pracy w stajni, odświętne stroje jeźdźców, jasne czapraki, ozdobne ogłowia. Unoszący się w powietrzu zapach końskiego czyścidła i skórzanych elementów wyposażenia połyskujących w świetle słońca. Piękny dzień, idealny na spacer.

Zakładam siodło i kiedy gramolę się na grzbiet wiem, że od tego momentu w części zależę od niego, ale odpowiedzialność jest tylko moja. Wiem, że to tylko zwierzę, że ucieka w razie zagrożenia, że widzi więcej niż ja, że jest silniejsze, ale mimo tego bardziej się boi. Wiem to wszystko, ale właśnie sadowię się w siodle. Sprawdzam popręg, ostatni raz poprawiam strzemiona, klepię ją po karku. To wszak moje i jej święto. Piękny dzień, idealny na spacer.

Pamiętam leśną ścieżkę, jezioro i jej rozwianą grzywę. Czuję zapach przegniłych na wpół liści. Słyszę tętent kopyt i ciągle te słowa: „w sytuacjach zagrożenia najgorsza jest panika”. Czy wtedy spanikowałam? Nie wiem, nie pamiętam. Pamiętam za to szkolne boisko. Takie jakich wiele – dwie metalowe, białe bramki, jedna kolorowa piłka, dzieci w odblaskowych kamizelkach – szkolny mecz bez widowni. I nagle – jest gol! Ci w pomarańczowych się cieszą.

Świst siatki, w którą wpada piłka powoduje jednak poderwanie się konia. Uspokajam ją głosem, poklepuję po szyi, staram się nie spinać, żeby nie dawać jej dodatkowych bodźców. To są ułamki sekund, ale w momencie kiedy wydawało mi się, że uda się opanować tę sytuację słyszę donośny, piłkarski gwizdek. I już wiem, że się nie uda. Galop, dziki galop. „Aaaaa, to tak zachowuje się koń, który się płoszy” – to pierwsza myśl jeszcze nieświadoma zagrożenia. Ściągam wodze na siebie, zaciskam przywodziciele, zapieram się w strzemionach ile sił. Staram się zatrzymać, zwolnić za wszelką cenę. Czuję, że wędzidło nie działa, popuszczam więc wodze, żeby je uwolnić, i mimo, że chwilowo przyspiesza, potem na chwilę zwalnia, ale wiem już, że się nie zatrzyma. Zakręcić ostro nie mam gdzie – zresztą przy tej prędkości, nie mam tyle odwagi. Kolejne ułamki sekund i ta myśl – „za chwilę jest jezdnia i znak STOP”. I kolejna – „nie zatrzyma się”. I następna – „a co jeśli pojedzie autobus z jednej, albo ciężarówka z drugiej strony?”…

Z tą myślą zostaję kilka sekund, ale mija wieczność. Choć to ruchliwa droga przejeżdżał samochód – był dość daleko, zdążył wyhamować. Udało się! Ale to chwilowa radość bo gonitwa trwa. Nie czuję już rąk, ciągnę wodze tak jakbym miała jej zrobić krzywdę, ale w tej jednej chwili nie dbam o to. W mojej głowie trwa walka o życie. Wiem, że upadek przy tej prędkości, na śliskim bruku, może być kwestią czasu i mieć marne skutki więc za wszelką cenę staram się utrzymać. To nieprawda, że w takich chwilach całe życie staje przed oczami. To są kadry, krótka projekcja skojarzeń. Scena z filmu, uśmiech bliskich, jego wypowiedziane w pośpiechu zadnie: „uważaj na siebie, kocham Cię” i nagle kolejna myśl: „jeszcze kawałek, ona biegnie do stajni. Tam się zatrzyma”. I budowa ciągu przyczynowo skutkowego w jednej chwili: „skoro tak, to gdzie jest nisko – żebym zdążyła schylić głowę. Gdzie jest wąsko, żebym zmieściła się z kolanami”. Jest jeszcze zakręt do stajni pod kątem 90 stopni, czyli – kolejna myśl: „siadam na wewnętrznej stronie, na wewnętrznym strzemieniu”. Jest zakręt, udało się. Udało się! Wjechałam do stajni, zatrzymałam w boxie. Nie pamiętam by kiedykolwiek wcześniej tak trzęsły mi się nogi. Kiedy wreszcie na nich stanęłam, spojrzałam na obie z niedowierzaniem, ale i ogromną miłością. Wyszłam stamtąd. Mój świat zaczął powoli wracać do swojego dawnego rytmu. Spojrzałam w niebo. Pamiętam ten głęboki wdech od którego zakręciło mi się w głowie. Usiadłam na krawężniku. Objęłam się trzęsącymi rękoma i przyszła kolejna myśl. „Jestem szczęściarą, udało się. Może mam coś jednak, tu, do zrobienia?”. Wysłałam SMS: „wszystko OK. Kocham Cię” i nie pamiętam jak skończył się ten dzień.

Wiem jak zaczął się kolejny. Nowe życie zaczęłam pierwszego listopada. Od potwornego bólu pleców, barków i braku czucia w kilku palcach prawej dłoni. To uszkodzone nerwy – dziwne uczucie, choć już wszystko wróciło do normy. Mimo, że chciało mi się płakać i śmiać jednocześnie, milczałam. Co należy powiedzieć w takiej sytuacji? Cisza jest lepsza a zaduma w dniu Wszystkich Świętych najlepszym usprawiedliwieniem.

Nie minął tydzień i znów pojechałam do stajni. Założyłam siodło, starałam się wrócić jak gdyby nic się nie stało. Ale stało się. Zrozumiałam, że nigdy nie będę miała na nią wpływu, że moje uspokajanie jej nigdy nie będzie silniejsze niż jej strach. Że jestem zależna od jej instynktu, ale nie ma znaku równości pomiędzy jej przetrwaniem a moim życiem. Mijały tygodnie a ja zostawałam z tą myślą po każdym spotkaniu z nią. Pewnego dnia dotarło do mnie, że nie jestem uczciwa wobec siebie. Że nie zauważyłam kiedy moje marzenie się zmieniło. Stanęłam więc w obronie tej najważniejszej dla mnie wartości i kiedy po raz ostatni zsiadałam z jej grzbietu naprawdę poczułam, że nic nie muszę. Że jak nie ja… to ktoś inny. Nie boję się powiedzieć, że się boję. Największą wartością jest rodzina, jest miłość, są marzenia. Ale ponad nimi jest życie. Czasem rezygnacja z jednej drogi oznacza otwarcie innej. Dziecięce marzenia ewoluują. Jak My.
Jak Ty.

Wcześniejszy tekst przeczytasz tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *