Norwegia za kołem podbiegunowym. Zabawa w ciepło – zimno oraz Tromso Skyrace odkryciem na miarę szczytu.

Miałam nadzieję, że pisząc ten tekst z perspektywy kilku miesięcy od wyprawy, nastąpi naturalna selekcja doświadczeń i miejsc, którymi będę chciała się z Wami podzielić. Ale w tej historii czas nie ma żadnego znaczenia. Zatrzymał obrazy, kolory i zapachy tak silnie, że kiedy zamykam oczy przenoszę się tam. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę w stanie użyć określenia „moje miejsce na ziemi” w stosunku do innego miejsca niż dom rodzinny.
Zawsze też myślałam, że lubię ciepło. Deszcz, mróz, śnieg , +/- 10 stopni zachęcały co najwyżej do wycieczki na kanapę. Zamiast czapki, plecaka i mapy wybierałam koc, książkę i kubek herbaty. Wyjście na dwór? Brrrrrrr, czy jest coś, czego nie można zamówić z dostawą do domu?

Zabrakło słów. Dobrze, że aparat pod ręką
Do tej pory wakacje letnie spędzałam tylko w słońcu, koniecznie nad wodą, z brązową opalenizną 2 tygodnie później. Oszukiwałam zimę wyjeżdżając tam, gdzie jest lato. Doświadczać zimy latem na własne życzenie? Nie ma (nie było) większej bzdury. Jednak najpiękniejsze letnie wakacje spędziliśmy na dalekiej północy, za kołem podbiegunowym, gdzie temperatura +10 stopni była jedną z wyższych. Deszcz, słońce, zima, lato – pogoda potrafiła skrajnie zmienić się w 5 minut – jak ja 😉
Ale wiecie co jest najsilniejszym wspomnieniem?

Pierwsze chwile naszej podróży, kiedy ruszyliśmy z Tromso na Lofoty przez wyspę Senja. Najpierw uderza przestrzeń, potem cisza i spokój stopniowo odbierają mowę. Wzmaga na sile poczucie wolności, aż w końcu zatrzymujesz się na pobliskiej łące i krzyczysz, żeby upewnić się czy na pewno nie śpisz 😉 Ale potem już nic nie mówisz. Wiesz, że żyjesz.
Zatrzymujesz się na zdjęcia co kilometr tak, jakbyś chciał zabrać to wszystko na „później”. (czekam na aparaty z funkcją „rejestracja zapachu” :) bo ten tam, jest nie do powtórzenia). Miesza się zapach desek i ciepłej smoły ze starego portu, świeżych ryb, słonej wody w powietrzu i wiatru od fiordu z wyczuwalną wonią wszechobecnie suszonego dorsza. Na to wszystko nakłada się ciepło słońca grzejącego tuż po zimnym d(r)eszczu. Gdzieś w oddali  – tęcza w zatoce i czerwone niebo po drugiej stronie brzegu; kraina wiecznego śniegu na najwyższym szczycie Lofotów i duma ze złowionej ryby na kolację.
Uff, nie sposób wymienić tego wszystkiego na jednym tchu 😉

Kto powiedział, że w raju musi być ciepło?
Widziałam wiele tzw. „rajskich” plaż z listy „must see” . Szerokie, długie, biały piasek, turkusowa woda. Ale tylko te w Norwegii spełniają to wszystko i mają jedną cechę, która odróżnia je od reszty. Są puste. Nie ma gier i zabaw w plażowego krykieta, nie ma wody z kokosa i zdjęć z papugami. Jedyne co jest to jest… zimno :) Nie żałuję ani jednego centymetra opalenizny, której nie mam. Tylu wspomnień, doświadczeń smaków i zapachów Norwegii nie zamieniłabym na nic i za nic. To tutaj zdobyłam swoje pierwsze szczyty, na kilka innych nabrałam ochoty. Wiem już, że jednak potrafię oddychać bez nieustannego napięcia przepony, że lubię nie mieć na coś wpływu, że ciągle nie potrafię wskoczyć w kałużę tak, żeby się nie ochlapać. Tutaj też pierwszy raz stanęłam na starcie górskiego biegu.

Pierwszy bieg, pierwszy szczyt, pierwsze ZAszczyty
Tromso Skyrace to marzenie niejednego górskiego biegacza. Stanąć na jednej linii startu z międzynarodowej klasy biegaczami ultra z całego świata to ZAszczyt. Być częścią wydarzenia organizowanego przez guru biegów ultra Kiliana Jorneta i Emelie Forsberg to przeżycie pozostające w pamięci bez względu na to, że: mgła przykryła całą trasę, przez cały czas padał deszcz, a przez przewyższenie +/- 1600 m na 20 km trzeba się było napocić. Nic niezmienni tego, że szczyt Tromsdaltinden był pierwszym na mojej trasie po 15 długich latach przerwy od biegania. Był początkiem, ale i końcem pewnego etapu przygotowań. Pamiętam, że wdrapywałam się na górę jeszcze nieśmiało. Niepewna czy mogę, czy dam radę stanąć na szczycie. No bo jak? Tak po prostu, po niespełna 3 miesiącach od momentu zerwania i ciągle bez ACL? Śmieję się dzisiaj, że mgła była tak duża, że nie zauważyłam kiedy znalazłam się na górze. Teraz, kiedy patrzę na tę drogę, jestem dumna, że dałam radę się tam wgramolić (i zbiec!) :) i szczęśliwa, że to nie była samotna droga. Gdyby nie ludzie, których spotkałam, gdyby nie ich wsparcie i wiara prawdopodobnie nie pisałabym tego tekstu (może jakiś inny? ;)) Wiem, że większość motywacyjnych gadek mówi, że droga na szczyt jest zawsze długa, ciężka i samotna. A ja znów myślę, że nie ma większej bzdury. Każdy sam co najwyżej określa swoje szczyty, ale nie idzie tam w pojedynkę. Chyba, że świadomie wybiera samotną drogę. Ale czy szczyt zdobyty ze wsparciem czyjegoś ramienia jest niższym szczytem?

Kiedy budzisz się w środku nocy, której nie ma :)
W Norwegii absolutnym szczytem jest pobudka przez renifery. Wychodzą o 4-5 nad ranem, choć możesz powiedzieć, że w nocy. Latem nie ma to większego znaczenia bo praktycznie… nie ma nocy. W każdym razie kiedy Ty się budzisz, patrzysz przez okno a tam one – stoją i skubią sobie trawę, zupełnie jak u nas kozy. Początkowo nie wiesz, czy to się Tobie śni, czy dzieje się naprawdę. Kiedy jednak (po śniadaniu! :)) wsiadasz do samochodu i dalej je widzisz, znaczy, że one naprawdę tam są. Podróżowanie samochodem o tej porze dnia bywa niebezpieczne, ale jednocześnie absolutnie pasjonujące. Kawa nie jest potrzebna – oczy wybałuszone niezmiennie, bo nagle z jednej strony jezdni przechadza się łoś, a z drugiej renifery wylegują w pierwszym słońcu. Widziałam białego renifera. Pierwszy raz. Nie wiem jaki to znak, ale myślę, że najlepszy :)

Tego samego dnia bowiem trafiliśmy w absolutnie wyjątkowe miejsce. Odwiedziliśmy wyspę Uloyę z 16 domami i kilkunastoma mieszkańcami – nie licząc reniferów i łosi. Wśród mieszkańców wyspy, serdecznie przyjęli nas… Polacy prowadzący tam bazę outdorową. To tutaj złowiliśmy największą rybę i zakochaliśmy się w tym miejscu. Majestatyczne Alpy Lyngen i ich ośnieżone wierzchołki odbijające się w turkusowej tafli fiordu to widok nawet z okien kuchni ich domu. Obok skrzypiący pod stopami pomost starej przetwórni rybnej – niegdyś jedynego ośrodka życia społecznego na tej wyspie. Teraz nawet najbliższy sklep spożywczy jest … na sąsiedniej wyspie a jedyna droga do niego to prom kursujący raz dziennie. Nie ma szkoły bo nie ma dzieci. Jest cisza, która tutaj naprawdę dzwoni w uszach. Uzależnia. Przyciąga. Często powraca do mnie widok z ganku przed domem. Widzę tam siebie tym razem w grubej kurtce, śniegowcach, rękawicach z jednym palcem i kubkiem kakao. Siedzę i czytam albo bazgrolę w zeszycie w linie. Towarzyszy mi radość, obok jest miłość, przestrzeń i wolność na wyciagnięcie ręki, życie przede mną 😉

Zimna Norwegia w środku upalnego lata to trochę jak zabawa w „ciepło – zimno”.
Jest coraz cieplej kiedy jesteś coraz bliżej aż w końcu czujesz, że to jest jednak ciepły kraj 😉

P.s. Oczywiście w czapce i szaliku.

P.s.2. W ciągu dwóch tygodni w Norwegii przemierzyliśmy ponad 3000 kilometrów (nasza mniej – więcej trasa na mapie powyżej). Jest wiele miejsc, które zasługują na szczególną uwagę i w które jeszcze Was zabiorę. Będę miała najlepszy pretekst do wgapiania się w zdjęcia i przywoływania wspomnień 😉

 

2 comments on “Norwegia za kołem podbiegunowym. Zabawa w ciepło – zimno oraz Tromso Skyrace odkryciem na miarę szczytu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *