Prawdziwą przyjemnością jest bieganie dla przyjemności ☺

DCIM100GOPROG0121484.

15 lat temu przez prawie 10 trenowałam bieganie, z czego 5 lat w ramach klubu sportowego. Miałam dziewięć lat kiedy poznałam smak rywalizacji. Do dziś pamiętam swój pierwszy bieg z o rok starszymi zawodnikami (były takie czasy kiedy nie było dla mnie kategorii wiekowej :)). To był powiatowy bieg przełajowy na dystansie 800 m i moje pierwsze i ostatnie zwycięstwo, w którym więcej było zaskoczenia niż radości. :) I tak się zaczęła moja przygoda z bieganiem. Od tego czasu jeździłam już na każde zawody. Przełaje (dziś nazwano by je modnie trailem ;)) przeplatane z bieganiem na stadionie i przymiarki do różnych dystansów. Choć w testach wytrzymałościowych wypadałam czasem lepiej niż niejeden chłopak, na dystansach powyżej 1500m (!) dopadała mnie nuda. Dlatego moim koronnym 😉 dystansem w terenie było 1500m, na stadionie 800 i 400m ze wskazaniem na ten pierwszy. Kilka lat z rzędu, zawsze w czerwcu, w czasie cotygodniowych mityngów lekkoatletycznych praktycznie „mieszkałam” na poznańskiej Olimpii.
Przełaje biegałam w najróżniejszych zakątkach Polski zarówno w randze wojewódzkiej, międzywojewódzkiej, makroregionu (wtedy trochę inaczej wyglądał podział administracyjny kraju), ale pamiętam też start w mistrzostwach Polski. Trenowałam wtedy 3-4 razy w tygodniu – tyle co na WFie i SKSach (pamiętacie te kółka sportowe?) :) W szkole średniej treningi na WFie już nie wystarczały, a zimowe ferie spędzałam zawsze na zgrupowaniach przygotowawczych trenując po dwa razy dziennie.
Nigdy jakoś szczególnie nie lubiłam tych obozów i zawsze wracałam bardziej zmęczona niż zadowolona i podbudowana. Ale przecież efekty miały przyjść później.

Jeździłam więc na kolejne zawody, kolejne i kolejne. Im gorzej mi szło na jednych zawodach, tym bardziej rosły oczekiwania co do kolejnych. Kto da radę jak nie Ty -słyszałam zewsząd i w końcu sama zaczęłam to sobie powtarzać. Sama dla siebie stałam się źródłem stresu wyobrażając sobie start i projektując jego przebieg. W przeddzień biegu nie mogłam zasnąć z powodu dręczących myśli – czy na pewno zrobiłam wszystko co mogłam? Pamiętam problemy z jedzeniem, niejedzeniem i kłopoty z żołądkiem w dniu startu pamiętam też. Niezależnie jednak od okoliczności prawda była jedna. Przetestowana na wskroś – im bardziej chciałam tym bardziej nie wychodziło. Ale wtedy nie potrafiłam nie chcieć.

Nie kolekcjonowałam wspomnień, liczyłam miejsca
Przez 10 lat można wystartować w bardzo wielu biegach i chyba tyle ich było – nigdy nie policzyłam. Nie kolekcjonowałam wspomnień, liczyłam miejsca. Jedynym moim celem było osiągnięcie mety. Nie tylko najszybciej jak się da, ale szybciej niż inni. Pamiętam ambicją dyktowane plany, które w zależności od rangi zawodów stawiały mnie w pierwszej 3, 10, 30. Pamiętam też rozczarowania z każdego 5, 15, 35, miejsca – trudno się przecież cieszyć z każdego dowodu na jednak „nie dałam rady”. Radość raczej skromna była także wtedy gdy udało mi się wykonać założoną normę i byłam np. 2, 8, 25. Tuż po przekroczeniu mety przychodziła myśl, że następnym razem będzie „jeszcze” lepiej. Bo przecież zawsze można powalczyć o jeszcze lepsze miejsce, lepszy czas, ładniejszy styl.

To były czasy kiedy nigdy nie było dość dobrze dlatego to mój organizm w końcu powiedział dość. Po jednym z zimowych zgrupowań wróciłam z kontuzją. Pierwsza diagnoza rwa kulszowa – przejdzie. Ale bolało coraz bardziej, zwłaszcza rano. Przestawało kiedy byłam w trakcie treningu i zaczynało boleć gdy wracałam po. Przestraszyłam się dopiero pewnego ranka, kiedy ból utrudniał mi ubranie skarpetek. Dzisiaj po prostu poszłabym do fizjoterapeuty, ale kto 15 lat temu słyszał o fizjoterapeutach? Byli ortopedzi. Dowiedziałam się, że to problemy z biodrem mogące być skutkiem zużycia powstałego ze zbyt dużych przeciążeń. Dostałam skierowanie na fizykoterapię wraz ze stanowczym zaleceniem rozważenia decyzji o wycofaniu się z biegania. I wiecie co wtedy poczułam?

Ulgę. Że będę mogła zrezygnować. Nie dlatego, że się poddałam, ale z powodu siły wyższej. Ileż to razy podejmowałam w głowie taką decyzję, ale zawsze brakowało mi odwagi. W końcu jednak temat „bieganie” odwiesiłam do szafy i na długie 15 lat się obraziłam. Niespełnione ambicje bolą najbardziej i to nie czas leczy rany.

Kiedy 15 lat później zaczęłam zauważać potrzebę generalnych zmian w swoim życiu, zdecydowałam się spełnić swoje dziecięce marzenie o jeździe konnej. W jednej z książek o jeździectwie przeczytałam wtedy, że basen i … bieganie jest najlepszym treningiem uzupełniającym. Basen OK, ale bieganie??? Do tej pory nikomu nie udało się mnie namówić na żadne bieganie, nie nabierałam się też na tzw. spacero – przebieżki. Bieganie było złe. Bieganie było nudne. Bieganie było.

Ale to był nie konie_c 😉 
Długo wahałam się czy spróbować. Kilkanaście razy zdążyłam być na basenie, ale z bieganiem wciąż nie było mi po drodze. Przecież ja nawet nie miałam butów do biegania! Na jednej parze air maxów w kwiaty zaczynał i kończył  się mój arsenał sportowego obuwia. Ale spoglądałam na nie i łamałam się nieraz, aż w końcu wracając ze stajni po dobrym treningu, pomyślałam OK. Zrobię to. Skoro ma mi to pomóc w realizacji marzenia, ubiorę te buty i wyjdę. Spróbuję. Przecież umiem. Nie bolało choć było dziwnie. Jak spotkanie z kumplem, który 15 lat mieszkał gdzieś indziej. Niby wciąż śmiejecie się z tych samych żartów, ale czujesz, że jest inaczej i wiesz, że nie będzie już tak jak wcześniej.

Inaczej nie znaczy gorzej, inaczej znaczy inaczej
Od tamtego czasu minął rok. Krótko po tej przebieżce spadłam z konia i zerwałam więzadło krzyżowe. Stacjonarny rowerek, a potem bieganie stało się głównym sposobem na wzmocnienie mięśni. Dzisiaj biegam inaczej niż 15 lat temu. Nie liczy się już miejsce, które zajmuję dobiegając do mety. Ciągle liczy czas, ale inaczej. Dzisiaj moim celem nie jest osiągnięcie mety w jak najkrótszym czasie. Bieganie jest czasem dla mnie więc go nie skracam ☺ Szanuję, dopinguję i podziwiam wszystkich sportowców za determinację, hart ducha, siłę i najsilniejsze ze wszystkich – pragnienie sukcesu. Prawdopodobnie jest ono główną siłą napędową każdej dyscypliny. Bez niego nie byłoby rekordów, spektakularnych widowisk i emocji. I za każdą dziękuję, ale prawdopodobnie jeśli spotkamy się na ścieżce nie będę się ścigać. Bo już tam byłam. Teraz biegam i rozglądam się wokół. Nigdzie się nie spieszę. Daję sobie czas na doświadczanie. Na mecie nikt nie wydaje reszty z niewykorzystanego czasu.
Czy jestem mniej ambitna niż wtedy? A próbowaliście się kiedyś nie ścigać? :)
Moją ambicją jest uprawianie sportu dla przyjemności. Startuję w zawodach, ale nie dlatego, żeby z Wami wygrywać, ale żeby Was poznać, dowiedzieć się czegoś, coś odkryć, zauważyć, poczuć, usłyszeć. Całkiem sporo tego. I uzależnia bardziej niż zdobywanie kolejnych, coraz wyższych miejsc. Z biegania dla przyjemności się nie spada, a kiedy nie będzie przyjemności, nie będzie biegania. To proste ☺

Nie bądź chomikiem w kółku :) chyba, że chcesz

IMG_0666 (1)

Wiem, że o organizacji czasu napisano już setki podręczników, przeprowadzono tysiące szkoleń w których udział wzięły setki tysięcy osób. Wszystko po to, by nauczyć Cię planowania Twojego czasu i panowania nad Twoim życiem. SKUTECZNIE i EFEKTYWNIE. Czyli jak? Przecież dla Ciebie i dla mnie efektywnie może oznaczać coś zupełnie innego.

Jak skutecznie zacząć?
Jeszcze niedawno zadawałam to samo pytanie co niektórzy z Was, którzy piszą: „jak to robisz, że pracujesz, biegasz, masz czas na podróże, pisanie, czytanie. Ja po pracy nie mam czasu na nic”. Dokładnie wiem, jak brzmi zwłaszcza to ostatnie zdanie – powtarzałam je sobie ilekroć trafiałam na coś, co wydawało mi się interesujące, czego chciałabym/mogłabym spróbować, no ale – przecież byłam taka zapracowana, nie miałam czasu, ciągle w biegu, albo na wiecznym zmęczeniu, niedospaniu, adrenalinie – ciągle z góry na dół i znów w górę. Lata mijały jak tygodnie, coraz szybciej i szybciej. Krajobraz jak u chomika biegającego w kółku. Chomik nie liczy okrążeń, nie wie po co tam włazi, ale wchodzi i biegnie.

KROK 1: UŚWIADOMIENIE
Kiedy zorientowałam się, że wpadłam w tę pułapkę? Przypadkiem – podczas jednej z rozmów z moją Mamą zdałam sobie sprawę, że dość dokładnie pamiętam co działo się w moim życiu do mniej więcej 24. roku życia. To czas przypadający na studia, pierwsze prace, pierwsze własne udane i udane mniej projekty, zbieranie doświadczeń w życiu i do CV. A potem? Prawie 10 lat w jednej sklejonej, bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni.

KROK 2: WALKA
Znalazłam się w sytuacji, z którą mogłam coś zrobić lub dalej nie robić nic – oczywiście z powodu braku czasu, pracy, zmęczenia, ogromu cudzych spraw, których w przeciwieństwie do własnych, nie mogłam odłożyć „na później”.

Walczyłam – sama ze sobą, z wyrzutami sumienia, z obezwładniającym poczuciem obowiązku i przywiązaniem do „pani perfekcyjnej, która robi coś na 100% albo wcale”. Z tym ostatnim walczyłam najdłużej. Jeszcze wiele okrążeń pokonałam we własnym kółku, zanim w końcu dotarło do mnie, że nikt, nigdy nie jest w stanie zrobić czegoś na 100% i że 80% napędza gospodarkę bardziej, czy – jak kto woli – efektywniej 😉 :)

KROK 3: WYKORZYSTYWANIE SZANS
Skoro więc od teraz miałam robić wszystko na 80% to zostało mi 20% do zagospodarowania. Nie zastanawiałam się długo na co wykorzystam zaoszczędzony czas. Skoro tak długo nie dbałam o siebie i własne potrzeby, trzeba było zacząć od początku – od spełniania jeszcze dziecięcych marzeń. Dokładnie pamiętam dzień, kiedy zadałam sobie pytanie: „dobra, to co tak naprawdę chciałabym zrobić gdybym miała na to czas?” To był jeden mały impuls, ale o takiej sile sprawczej, że jeszcze tego samego dnia znalazłam stajnię i umówiłam się na jazdę konną. Wkręciłam się w to szybko – przecież wiedziałam, że tak będzie. Wstawałam nad ranem, jeździłam 20 kilometrów w jedną stronę, przed pracą, po pracy, w weekend (kiedy się tylko dało) by żyć inną chwilą niż dotychczas. Po to, by wpleść w te 100% czasu, który mamy do dyspozycji coś wyłącznie dla siebie, dla własnej, osobistej radości. Tydzień mijał za tygodniem, ale już nie budziłam się zmęczona, na kanapie przed telewizorem, o 4 nad ranem. Teraz musiałam/chciałam wstawać o 6.00, żeby zacząć dzień od czyszczenia koni przy wschodzie słońca.

Myślicie, że zasypiałam w pracy? :) Nieee, przychodziłam tam z uśmiechem na ustach, endorfiny po dobrym treningu trzymały mnie przynajmniej do połowy dnia. Zadania w pracy wykonywałam szybciej, ale nie gorzej :) i z większą motywacją bo przecież teraz miałam do czego się spieszyć. To trochę jak z maminym: „pójdziesz na dwór jak odrobisz lekcje” – pamiętacie to? :)

Odrabiałam i odrabiam więc te lekcje najlepiej jak potrafię. Świat się nie zawalił, a ja postanowiłam w życie po pracy wprowadzić tę samą zasadę co w pracy. Skoro kiedy jestem w pracy, jestem w pracy, to kiedy mnie tam nie ma, to mnie tam nie ma.

I oczywiście są i zawsze będą sytuacje, które będą zmieniały to postanowienie, ale sztuką jest odróżnić to, co może poczekać do jutra. Wbrew pozorom, tych naprawdę pilnych, ważnych spraw nie ma zbyt wiele.

I choć dziś już nie jeżdżę konno, znalazłam inne zajęcia, które sprawiają, że jestem szczęśliwa; że mam możliwość złapania zdrowego balansu pomiędzy pracą a życiem po pracy. Bo ono istnieje. Nawet jeśli miałoby to być „tylko” 20% Twojego czasu. Mnie się mieści tam całkiem sporo – bieganie (już nie mogę doczekać się dłuższych dni), wypady w góry, trening z elementami crossfit, angielski i joga, (wczoraj pierwszy raz byłam na zajęciach z tańca :D) I jest tam jeszcze czas na życie rodzinne, na spotkania ze znajomymi, na dobrą książkę i czasem też na nicnierobienie :)

Że dużo i po co to wszystko? Bo życie jest krótkie i dzieje się teraz. Nie jutro i nie później. Nie wszystkie zaległości z przeszłości da się nadrobić, ale wcale nie trzeba.

Przecież gdyby nie ta nasza przeszłość, nie byłoby nas w miejscu jakim jesteśmy. Że nie jest idealne? Nigdy nie jest i nigdzie nie będzie. Pomyśl co możesz zrobić z tym co masz. I nawet jeśli po przeczytaniu tego zdania masz ochotę powiedzieć „bla bla bla” (ja tak samo reaguję na „efektywne wykorzystywanie czasu wolnego”), zastanów się nad tym. Na pewno jest coś, co możesz spróbować zmienić. Metodą małych kroków, ale to musi być coś konkretnego. Zadanie. Takie, które wykonasz. Nie wymagaj od siebie zbyt wiele na początek. Chcesz przebiec maraton? Świetnie. Zacznij od wstania z kanapy. Spróbuj. Zwycięzcy stają na starcie.

Krok 4: ŻYJ, BĄDŹ SZCZĘŚLIWY. Nigdy nie będzie lepszego czasu niż teraz.

PS. Ci którzy mówią, że w życiu chodzi o coś więcej niż chodzenie do pracy i płacenie rachunków naprawdę mają rację.