Rajskie plaże na wyłączność. Wyłącznie na Lofotach.

DSCN2081

Jeszcze rok temu myślałam, że najlepsze wakacje to takie, których plan przewiduje wylegiwanie się na leżaku w otoczeniu białego piasku i szmaragdowo przeźroczystej wody. Przed wyjazdem oglądałam zdjęcia starannie wybierając swój upragniony kawałek rajskiego krajobrazu. Po przyjeździe na miejsce na ogół zgadzało się wszystko. Poza jednym. Gęstość zaludnienia na metr kwadratowy piasku/przez jeden leżak. Ciekawe kto wycina tych wszystkich ludzi w posprodukcji zdjęć do folderów turystycznych 😉 :) Pogodziłam się więc z tym, że: biały piasek i turkusowa woda występują ZAWSZE w towarzystwie ludzi, a towarzystwo ludzi przyciąga innych ludzi, a im więcej ludzi tym więcej leżaków, więcej wodnych gier i słodkich drinków z pakietu „all inclusive”.

A gdyby wyobrazić to sobie tak:
Biały, sypki jak w klepsydrze piasek, połyskująca w słońcu turkusowa woda w której przeglądają się pobliskie wierzchołki ośnieżonych szczytów gór. Podchodzisz bliżej, zapadasz się w pisaku, jesteś onieśmielony widokiem. Spuszczasz głowę z szacunkiem – na tle tej przestrzeni jesteś malutki. Bardzo powoli bierzesz trzy głębokie oddechy zatrzymując w płucach powietrze tak, jakbyś chciał się nim najeść. Powoli podnosisz głowę. Patrzysz. Oddychasz. Wiesz, że nic więcej nie musisz. Ale też nic już więcej nie chcesz. Zdajesz sobie sprawę, że ten widok i te góry były tu przed Tobą. I będą po Tobie. Najdziwniejsze, że w końcu znajdujesz w sobie na to zgodę. Rozumiesz, że taki jest porządek świata.

Siadasz na piachu. Nieważne, że jest mokry, że jest zimno i zamiast kostiumu kąpielowego wkładasz czapkę. Gapisz się, chłoniesz powietrze o lekko słonawym smaku i zastygasz. Przestajesz liczyć czas bo nie ma on większego znaczenia. Zwłaszcza podczas dni polarnych w Norwegii – zawsze zdążysz „za dnia” do domu.

Nie wiesz więc czy jeszcze tego samego dnia czy trzy dni później postanawiasz wdrapać się na pobliskie szczyty i spojrzeć na wszystko z góry. To nic, że po drodze wieje tak, że o bieganiu nie ma mowy a Twoja postawa przypomina bardziej pełzającą jaszczurkę (chociaż w naszym przypadku to raczej waran z Komodo 😉 :). Kiedy docierasz na górę wiesz, że będziesz przywoływał ten widok jeszcze wiele razy pamiętając doskonale zapach tej chwili.

W Norwegii chwil zaszczytów możesz doświadczać na każdym kroku. Wystarczy otworzyć się na przyrodę, której m.in. na Lofotach jest zdecydowanie więcej niż miejsc zamieszkałych. To tutaj trafiliśmy na dla nas najpiękniejsze na świecie plaże. Jeśli zaakceptujesz zmianę stroju kąpielowego na nieco inny strój będziesz mógł dostrzec magię tych miejsc. Ja nie żałuję ani jednego centymetra opalenizny, której z tamtych wakacji nie przywiozłam, ani żadnej minuty z nieprzespanej nocy/dnia. Dzisiaj mogę zamknąć oczy i być tam z powrotem. Dzięki temu mogę i Was zabrać w te miejsca.

Plaże Haukland i Utakleiv:
Niesamowite, że są takie miejsca na świecie i nawet nieszczególnie ukryte, nieszczególnie daleko. Wklejam zdjęcia i żałuję, że nie mogę załączyć zapachu tych miejsc.

Nusfjord, Reine i A na końcu świata:
Jadąc dalej na północ traficie na miejscowość Nusfjord, jedną z najstarszych wiosek rybackich w Norwegii. To tutaj dowiadujemy się skąd wziął się czerwony kolor charakterystycznych domków (rorbuer). Były własnością rybaków, więc by było najtaniej, farba była pozyskiwana z rybiego tranu z domieszką krwi wielorybów. Do dzisiaj tzw. czerwień faluńska (od nazwy kopalni miedzi w Falun) spotyka się z dużym sentymentem Norwegów. Według obliczeń pigmentu z tego źródła wystarczy do 2090 roku.

Reine to kolejna malownicza wioska rybacka, która uznawana jest za jedno z najpiękniejszych miejsc w Norwegii. Zwłaszcza panorama roztaczająca się z pobliskiego urwiska.

Zaledwie 10 kilometrów dalej na północ jest miejscowość A (czyt. O). To ostatnia litera norweskiego alfabetu i najdalej na północ wysunięta miejscowość Lofotów. To tutaj jest piekarnia funkcjonująca nieprzerwanie od 1844 roku, najstarsza w Europie fabryka oleju z dorsza oraz kuźnia, w której wciąż powstają lampy opalane tym olejem.

Gimsoya po drodze do Svolvear:
Jadąc do stolicy Lofotów – Svolvear trafiamy na kolejną, magiczną plażę. Tym razem mgła nie pozwala zobaczyć pobliskich gór, ale zawieszona tuż nad wodą, dodaje aury tajemniczości. Wiemy, że tam gdzieś w oddali są szczyty. Nie musimy ich dzisiaj zdobywać by doświadczać zaszczytów. Zaszczycamy się ciszą.

Więcej o naszej wyprawie za koło podbiegunowe poczytacie tutaj.